Przejdź do strony: Poprzednia [12,

Niewesołe rozmyslania nad Italo Calvino

Autor Wiadomość
WMDarski
copy Darski & Pele

194

2008-03-05 03:14:59

NIEWESOŁE ROZMYŚLANIA NAD ITALO CALVINO

Na przełomie stycznia i lutego doszedłem do przełomowego wniosku, iż przestrzeń miejska – zarówno w sensie urbanistycznym jak i społecznym – wcale mi nie jest potrzebna do życia. Spędziłem blisko miesiąc w miejscu, które nawet trudno nazwać wsią, chociaż posiada sołecką nazwę, bowiem są tam w zasadzie jedynie dwa zamieszkałe na stałe gospodarstwa. Trudno też potraktować ów wiejski pobyt, jako wypoczynek na łonie natury, bowiem przyroda wcale nie była przymilna. Słotno-roztopowa oraz wietrzna aura nie sprzyjała kontemplacyjnym spacerom i co rusz zmuszała do szukania po szufladach świeczek, kiedy wiatr zrywał linie energetyczne. Ale przy tej okazji mniej też było ułudy w rodzaju telewizji, czy Internetu, a więcej konkretów związanych z namacalnością ziemi tuż pod podłogą i za ścianami, którą w mieście przysłaniają różne architektoniczne dekoracje. Inaczej też całkiem, niż w mieście, wyglądały rozmowy z ludźmi, którzy się przytrafiali na tym moim wiejskim wygnaniu. Zdawkowa miejska gadka, na zasadzie: A cóż tam słychać? jakoś tutaj nie potrafiła się zaadaptować.
Wziąłem ze sobą na wieś książkę włoskiego pisarza Italo Calvino – „Niewidzialne miasta”, której bohater snuje opowieści o fikcyjnych grodach, dokonując przy okazji poetyckiej (a więc najbardziej dogłębnej) analizy relacji, jakie zachodzą między miejską przestrzenią, architekturą, historią, symboliką, a zamieszkującymi miasta ludźmi, ich pamięcią i pragnieniami. Po raz kolejny czytałem te opowieści, odnosząc je do mojego rodzinnego miasta, i utwierdziłem się w pewnych wcześniej zarysowanych wnioskach.
Najważniejszy z nich to ten, że Loetzen i Giżycko to dwa różne miasta, które łączy jedynie ta sama lokalizacja. Założone w 1612 r. Loetzen przez wieki nawarstwiało swój specyficzny, architektoniczny kształt, który w 1945 r. za jednym zamachem został w ponad 50% unicestwiony. Reszty dokonały nowe pomysły urbanizacyjne, nie mające nic wspólnego z ową wielowiekową tradycją. Tak samo przez wieki nawarstwiała się społeczność Loetzen, gromadząca pruskich witingów, mazowieckich i brandenburskich osadników, uchodźców religijnych z Salzburga i Żydów, która to gromadka w 1920 r. określiła zdecydowanie swoje niemieckie obywatelstwo. Tę społeczność również w 1945 r. trafił szlag i to prawie w 100%, zaś ci, którzy zajęli tutaj jej miejsce wykarczowali nawet symboliczny ślad po swoich poprzednikach, jakim był cmentarz w centrum miasta. Miasto, to podobno w skrócie trzy elementy: nazwa, budynki i ludzie. Loetzen umarło w 1945 r. Zaczęło się Giżycko. Nowa nazwa, nowe budynki (choć trochę tych starych jeszcze prószy tu i ówdzie nie zalepionym styropianem tynkiem) i nowi ludzie: z Wileńszczyzny, Grodzieńszczyzny, Wołynia, Rzeszowszczyzny, Podlasia… Polacy i Ukraińcy o całkiem innych tradycjach, wyznaniu, a także pragnieniach. Dlatego uważam, że bzdurą są przygotowania do obchodów „400-lecia Giżycka” w 2012 r. Nasze miasto będzie wówczas liczyło dopiero 67 lat.
Innym ważnym wnioskiem, docierającym do mnie nad książką Italo Calvino, czytaną na wsi, jest różnica w stosunku do przestrzeni w której osadzone jest miasto, przejawiana przez społeczność Loetzen i społeczność Giżycka. Dla Loetzeńczyków ich gród wpisany był mocno w otaczającą go mazurską przestrzeń. Był z nią tożsamy – używając dużo kamienia, drewna i cegły z miejscowej gliny, budowali tak, aby miejsce ich życia było wkomponowane w otaczający je krajobraz i dbali bardzo o tę harmonijną estetykę. Nasz stosunek do przestrzeni jest wyłącznie użytkowy. Jeśli nie pasuje ona do wymyślonych za szczelnie zamkniętymi drzwiami i oknami gabinetów koncepcji - to tym gorzej dla niej. Jest karczowana, jak ów cmentarz, czy centrum miasta w kwartale Warszawska-Dąbrowskiego-Kolejowa-Wyzwolenia, i powstaną tam budowle, których głównym kryterium istnienia będzie… opłacalność.
Obawiam się, że owe kryterium opłacalności zdominowało również mocno sferę marzeń i pragnień mieszkańców Giżycka. Poniekąd trudno się temu dziwić w czasach galopującego konsumpcjonizmu. Ale z drugiej strony, naszła mnie na tym wiejskim zadupiu taka myśl, że najnowszym modelem mercedesa też nie wjedzie się do nieba i nawet superNokia nie ma tam zasięgu. Życie na szczęście do pełni swojego splendoru nie potrzebuje markowej metki. A później… Nasi potomni wykarczują nas z Węgorzewskiej albo Leśnej, gdy zabraknie im terenów inwestycyjnych. Howgh!

 
Kamill
Użytkownik usunięty

2008-03-05 13:22:49

nie sądzę że 400-lecie "Giżycka" jest bzdurą…wszelkie rocznice związane z historią Loetzen czy Giżycka powinny być wspólnym świętem Loetzeńczyków i Giżycczan, powinna być wspólna impreza na Twierdzy Boyen, zaproszeni goście z krajów partnerskich w tym liczna delegacja z miasta Neumünster.
podczas obchodów takich rocznic powinny powstawać wspólne pomysły, podpisywanie umów, kontraktów itp…a huk samych obchodów "odbijać" się o szkła Parlamentu Europejskiego… :)

 
fuledzki
wojciech łukowski

1,283

2008-03-05 14:55:35

Zgadam się z Kamillem. Warto świętować 400- lecie Loetzen-Giżycka. To, że tu jesteśmy, mieszkamy, a może nawet kochamy to miejsce nie wyklucza tego, że możemy w rozsądny sposób traktować przeszłość jako należącą do nas wszystkich.
Można mieć pretensje do sposobu, w jaki probujemy żyć w Giżycku, tworzyć je, ale bym też nie idealizował przeszłości. Przez dziesiątki przedwojennych lat ludziska stąd uciekali, szukali szczęscia na Zachodzie, który był wtedy w obrębie jednego państwa.
Loetzen nie było rajem na ziemi.

 
WMDarski
copy Darski & Pele

194

2008-03-05 15:08:47

Nikt nie mówi o raju - w ogóle nie ma go na ziemi. Tu sa jeno realne kregi piekielne.
Można też sobie współpracować, dogadywać się i świadczyć różne sentymentalne uprzejmości, ale nie można zakłamywać pewnych faktów dokonanych, a wiem, że przymierzamy się za cztery lata do obchodów "400-lecia Giżycka", a nie "Loetzen + Giżycka". Nazwa Loetzen jest nadal (przynajmniej jeśli chodzi o oficjalne uroczystości) na cenzurowanym i na pewno nie będzie przez giżyckie władze w żadnym kontekscie użyta.
Poza tym, powiedzmy sobie szczerze - gdzie miałaby przebiegać ta współpraca z dawnymi obywatelami Loetzen? Mamy brać udział w ich zlotach i wspomnieniach martyrologii "wielkiej zimowej ucieczki", a oni w naszych obchodach rocznicy wrześniowej? Najlepiej zróbmy te imprezy na ulicy Wyzwolenia (to tak a propos pewnego zdjęcia z z uroczystego pochodu młodziezy tą ulicą, zamieszczonego w galerii OFG). Czy wykłócać się o kasę - kto komu zadał wiecej strat i chce większe odszkodowania? Nie widzę połączeń - dwa oddzielne miasta, dwie oddzielne nacje i społeczności. I trzeba to sobie w końcu dosadnie powiedzieć, zamiast grzebać się w róznych fałszywkach. Bowiem na żywym ciele miasta tę przepaść widać właśnie najwyraźniej.

 
vooda Wyróżniony

10,404

2008-03-05 15:11:51

Ooops… Wpadłem nie w ten temat :master:

Nigdy nie jest się samotnym, mając gumową kaczuszkę.
(Douglas Adams)
 
Kamill
Użytkownik usunięty

2008-03-05 15:24:00

tak to jest jak się człowiek niepotrzebnie śpieszy :D
wracając do tematu…z tymi wspólnymi zlotami byłby niemały kłopot (zwłaszcza w dawnym Ostpreussen). pewien olsztyński profesorek miał rację twierdząc że "Polakom i Niemcom brak empatii"...

 
fuledzki
wojciech łukowski

1,283

2008-03-05 18:54:17

Dla mnie sprawa jest prosta, To My świętujemy 400 lecie Giżycka (to kurna nie jest nasza wina, że nasze miasto tak dziwacznie się nazywa). Nie my będziemy zmieniać tę nazwę na chociażby Lec bo byłoby to chyba też dość dziwaczne.
Możemy wystosować zaproszenie do Ziomków. Jak przyjadą to ich sprawa, jak nie to nie.

 
WMDarski
copy Darski & Pele

194

2008-03-05 20:04:52

Drogi Fuledzki! Chrzanić ziomków! Ja o czym innym. O tym, że należy sobie uświadomić, że te miasta są diametralnie różne i nie ma pomiędzy nimi żadnej ciągłości (mogli to być Mazurzy, ale tak się nie stało). Dlatego, może nieco prowokacyjnie, twierdzę, ze obchody "400-lecia Giżycka" to historyczny przekręt. Podobnie, jakby Rosjanie zorganizowali obchody "700-lecia Kaliningradu". :smiley_crazy:
Poza tym strasznie mi przykro, iż akurat w pisanym tej nocy felietonie trafiłem w "czuły punkt", czyli kryterium "opłacalności" wszelkich aktualnych inwestycji budowlanych w naszym mieście. Ta opłacalność polega na tym, aby postawić coś jak najtańszym kosztem (nawet kosztem bezpieczeństwa) i jak najwięcej z tego wycisnąć. Dzisiejszy dramat jest tego dojmującym przykładem. :-(

 
perva
www.kursmazury.com

3,928

2008-03-05 20:22:12

Z powyższych wypowiedzi wynika też bezzasadność istnienia tworów typu "Wspólnota Mazurska"...

http://www.kursmazury.com
SZKOLENIA żEGLARSKIE ,MOTOROWODNE I BOJEROWE, REJSY MORSKIE SZKOLENIOWE ORAZ REKREACYJNE
"Nikt nie może być pewny życia, majątku i czci, gdy obraduje parlament lub prezydium PZŻ" Cromwell/Kowalski

 
WMDarski
copy Darski & Pele

194

2008-03-05 21:05:14

A czy ta organizacja nazywa się "Wspólnota Loetzeńska" albo "Wspólnota Giżycka"?
Nie. Nazywa się "Wspólnota Mazurska" (i zapewne nie tyle z powodu Mazurów,co raczej Mazur) i o ile wiem ma w statutowych celach integrację poprzez działanie współczesnych mieszkańców regionu, a nie jakieś sklejanie palca z dupą.

 
fuledzki
wojciech łukowski

1,283

2008-03-05 21:10:22

Być może Giżycko jest innym miastem niż Loetzen, a nawet na pewno jest innym. Jednak w tym samym miejscu istnieje miasto od prawie 400 lat, mało to takich miast na świecie, gdzie zmieniali się gospodarze?
Mieszkańcy w XVI wieku byli radykalni inni od tych, którzy mieszkali w mieście w wieku na przykład XIX. Itd.

 
WMDarski
copy Darski & Pele

194

2008-03-05 21:20:36

No i widać, ze Pan Profesor, choć literacko obeznany, nie przykładał się do lektur Italo Calvino. Polecam owe "Niewidzialne miasta", a szczególnie rozdziały: "Miasta i ciągłość", "Miasta i wymiana", "Miasta i nazwa"… To oczywiście poezja, ale może właśnie dlatyego pozwala w jakiś sposób unaocznić to, co dla opierającej się na empirycznych doświadczeniach nauki jest niedostępne.
Wiem, że są miasta na miastach, miasta w miastach i miasta obok miast… Tak jak są różne przejawy przyrody, włącznie z dziobakiem. Ja jedynie, na kanwie poetyckiej prozy Italo Calvino wskazuję pewną graniczną cezurę dwóch miast istniejących w tym samym miejscu, aby nieco przyhamować to ostatnio bardzo ochocze wciskanie na łeb Kaziuków pikelhauby. :crazy:

 
Kamill
Użytkownik usunięty

2008-03-05 21:22:57

WMDarski:

Chrzanić ziomków

Sz.P. Wojciech zapomniał jaki cel obrała sobię Wspólnota Mazurska w początkowej fazie istnienia…"Wspólnota Mazurska"…źle "spożytkowana" potęga :-(

 
WMDarski
copy Darski & Pele

194

2008-03-05 21:29:01

Współtworzyłem statut tej organizacji i nie pamiętam, aby było tam jakiekolwiek zdanie o "ziomkach". Co do "poczatkowej fazy działalności", to było to I Posezonowe Sprzątanie Mazur (jeszcze chyba przed rejestracją), a pierwsza wielka impreza miedzynarodowa, organizowana przez stowarzyszenie, dotyczyła rozwoju turystycznego.

 
fuledzki
wojciech łukowski

1,283

2008-03-06 08:18:42

Calvino chociaż mądry nadzwyczaj wyrocznią nie jest. NIe przewidział, nie zainteresował się być może przedziwnym biegiem dziejów w takich na przykład Prusach Wschodnich.
Gdy się czyta Calvino czy choćby Toporowa to przychodzi mała załamka. Albo chęć wyprowadzki do takiego Kazimierza nad Wisłą, Sandomierza lub Krakowa, o wiecznych włoskich miastach z Rzymem na czele już nie wspominając.
W takim na przykład Kazimierzu niemal na co drugiej kamienicy powinna pojawić się tablica, że ktoś tam przez chwilę mieszkał. A my gdyby nie Janusz i Kasia Pileccy i W. Kamiński mielibyśmy nadal tylko tablicę ku czci Kętrzyńskiego, a tak mamy chociaż jeszcze Bułhaka na Pionierskiej.
Ale mamy przecież też ciągłość choćby w dziele Wojciecha Darskiego Goniąc Kormorany, Mamy ją w Wieży Ciśnień, Mamy ją też we Wspólnocie Mazurskiej.
To są może dość skromne próby, ale są takie na jakie nas stać.

Przejdź do strony: Poprzednia [12,