Tylko pingwiny... czyli biznesanaliza giżyckiego rynku

Autor Wiadomość
WMDarski
copy Darski & Pele

194

2008-04-21 01:40:15

TYLKO PINGWINY…
CZYLI BIZNESANALIZA GIŻYCKIEGO RYNKU

Na każdego przychodzą chwile zwątpienia. Wziąłem sobie nielekko do serca słowa amerykańskiego poety Ezry Pounda, który w takowym ataku zwątpienia pisał: O Boże, o Wenero i ty Merkury, patronie złodziei, / Użycz mi małego sklepiku z tytoniem / lub w jakiejkolwiek urządź mnie profesji, / Byle nie w tym cholernym pisarstwie, / gdzie trzeba ciągle ruszać mózgownicą. Westchnąłem, chłeptnąłem kawy, zapaliłem i oddałem się marzeniom. Wyobraziłem sobie taką szczęsną sytuację, iż powracam właśnie z Grenlandii, gdzie przez kilka lat podmywałem kupry pingwinom, co zaowocowało porządnie wypchanym kontem w PKO (konta w banku szwajcarskim się pingwinimi kuprami nie wypcha). A więc powracam do rodzinnego miasta, bowiem jestem zagorzałym patriotą lokalnym, i zastanawiam się, co dobrego z moimi ciężko zarobionymi pieniążkami mogę tutaj uczynić. Mogę postąpić klasycznie: kupić jakieś niezłe mieszkanie w rosnących nam na potęgę czynszówkach, umeblować je, wyposażyć i zmultimedializować, zakupić jakąś niezłą bryczkę, resztę pieniążków (jak zostanie) zostawić na procent w banku i… zapisać się na listę bezrobotnych na Gdańskiej, bo nie ma tu pingwinów i nikt specjalistów od czyszczenia ich kuprów nie potrzebuje. Albo mogę postąpić kreatywnie: wyhamować z klasyką konsumpcyjną, jak to się mówi – przysiąść falbany, i zainwestować cały zebrany kapitał w jakiś dobry, biznesowy pomysł, który może się rozwinąć w małą (a potem większą) fabryczkę pieniędzy.
Koncepcja niezła, ale z jej efektywną realizacją w mojej kochanej mieścince już trochę gorzej. Kocham książki i lubię wśród nich przebywać, więc - łącząc przyjemne z pożytecznym – chętnie bym założył księgarnię. Ale jestem mądrym chłopcem i po zbadaniu rynku widzę, że to żaden interes, co widać ostatnio po fakcie, iż w trzydziestotysięcznym miasteczku ostały się dwie książnice (to nie kochanki ksiądza) wliczając w to antykwariat, a mimo to za wielkiego tłoku w nich nie ma. Nie, intelektualne sentymenty należy w prawdziwym biznesie odrzucić. Trza myśleć chłodno i z głową. Giżycko to miasto turystyczne, które słynie przeważnie z wód okolicznych, więc należy się cóś z tą wodą przedsięwziąć. Jakieś statki, łódki albo inne rowery podwodne… Ale i tu pojawia się pewien szkopuł – ile tych statków i łódek może się pomieścić w mieście i na wodach okolicznych, aby nie trzeba było walczyć o miejsce przy kei, napędzać turystów siekierą i żeby to nadal było opłacalne? Bo każdy, kto tylko pomyśli biznesowo o turystycznym Giżycku, od razu w szopie rychtuje żaglówkę, albo bierze kredyt na jakąś większą skorupę, co by mogła niemieckie wycieczki kołysać na falach. To może lepiej już kupić kawałek brzegu, zbudować pomosty, a później – jak już wszystko wokół będzie sprywatyzowane - urządzać tylko przetargi, kto da więcej za miejsce przy kei? No, pozostają jeszcze całe niezagospodarowane planety Gastronomii i Rozrywki. Można na przykład dość niewielkim nakładem kosztów uruchomić smażalnię, gdzie dla niepoznaki będą się rumieniły po mazursku filety z dorsza i makreli, a głównym motorem interesu będzie jakiś „mocny full”. Ale te smażalnie coś się ostatnio w naszym miasteczku zbyt często przypalają. Albo dyskotekę… Wszyscy, nie tylko turyści, skarżą się, że w mieścinie nie ma gdzie się dobrze zabawić. Tylko najpierw należałoby znaleźć jakieś odludne miejsce, które by nie przeszkadzało tym, co nie przepadają za superbasowymi kołysankami, zatrudnić z tuzin weteranów z „Gromu” do opieki nad rozbawionym tłumkiem, no i umiejętnie opędzać się - na zmianę: od potencjalnych wspólników z branży dystrybucyjno-ubezpieczeniowej i policji. To większa harówa, niż podcieranie kupra pingwinom. Rodzinny biznes handlowy też odpada, bo supermarkety, niczym kormorany, zwęszyły żerowisko i pozakładały tu pierwsze gniazda. A jak uczy ornitologia: gdzie zniesie złote jajo pierwsza parka tego ptactwa – zaraz zleci się więcej.
I co ja, biedny giżycczanin mam z tą poetycką myślą Ezry Pounda począć? Sklepik z tytoniem – też mi pomysł… Zacny poeta nie miał chyba pojęcia o akcyzie i przemytowych „Jin Lingach”. A przy myśleniu o jakiejkolwiek profesji, w której można by się urządzić w tym mieście, trzeba dużo więcej ruszać mózgownicą, niż jest to wymagane w pisarstwie. „To be i to be” – jak powiedział pewien mądry, angielski dramaturg. Chyba pozostaje jeno znów kręcić lody i podmywać pingwinie kupry na Grenlandii. A może by te pingwiny przywieźć i hodować tutaj? Oczywiście, dla jaj… Howgh!

 
zygmuś

1,171

2008-04-21 06:38:03

A na jesieni 2002 roku były wielkie nadzieje na ożywienie miasta i nadanie mu "cugu" na koniunkturę. Dziś w 2008 roku mamy Voodę (wątpiącego) i Pijara (akceptującego i usprawiedliwiającego marazm), czyli tak jak wczesniej napisałem "jestem za, a nawet przeciw". :mad:

...:::: www.naszemazury.eu ::::...
 
szeląg

674

2008-04-21 07:05:10

Ty Vooda lepiej się od Ezry z daleka trzymaj. Możesz zamiast lokalnym sklepikarzem lokalnym faszystą zostać. Ideowi następcy tych od klatki rządzą to i Ciebie mogą obwozić jak małpę. Od dramaturga też się odczep bo jakieś podejrzane teksty pisał, antysemita podobno. Z rzymskim pozdrowieniem.