Przejdź do strony: Poprzednia [12, 3,

Zamiast felietonu... Pohukiwania zrównoważonego puszczyka

Autor Wiadomość
WMDarski
copy Darski & Pele

194

2012-03-09 15:02:18

POHUKIWANIA ZRÓWNOWAŻONEGO PUSZCZYKA
NAD ÓSMYM CUDEM ŚWIATA

Onegdaj, na rynku mazurskiego miasteczka powiatowej wielkości, napotkałem starego druha z lat dzieciństwa, który w ramach naukowej kariery, realizowanej na renomowanych, stołecznych uczelniach, opuścił był swą małą ojczyznę, ale – jak zapewniał – jeno ciałem, gdyż duch pozostał na zawsze mazurski. Ów mazurski duch mego przyjaciela szczękał właśnie zębiskami, niczym potępiony upiór, i rzucał straszliwe klątwy, rażony bezsilną wściekłością na zastaną z wakacyjnego najazdu małoojczyźnianą rzeczywistość. – Patrz, co oni robią z tym rynkiem – irytował się mój kumpel – kompletnie niszczą dawny układ urbanistyczny miasta. Wszak ten stary plac sam w sobie stanowił rondo z centralną oazą zieleni, obwiedzioną ciągiem ulicznym. Na jaką cholerę budują obok nowe rondo? I co im przeszkadza ta solidna, poniemiecka kostka pod asfaltem, że ją wyrywają i zastępują nową? Przecież to głupota i marnotrawstwo.
Mój przyjaciel – bywały w wielkim świecie nauki i kultury, ale niekoniecznie w przyziemnym światku samorządowej administracji – nie mógł być oczywiście zorientowany w pewnych istotnych niuansach i trendach, które wraz z XXI wiekiem i Unią Europejską zawitały na Mazury. Mianowicie – całkiem nieistotny dla dynamicznego, europejskiego rozwoju jest fakt, iż stary, miasteczkowy rynek w sposób samoistny stanowi całkiem wygodne rondo. Skoro nasza wymarzona Unia Europejska daje samorządom kasę na rewitalizację śródmieść, preferując budowę bezpiecznych rond, to trzeba z tej „pańskiej łaski” korzystać – brać i budować. Nie bez znaczenia jest tu również pewien aspekt polityczny. W ostatnich latach, przy dużym udziale mediów, które uwielbiają wszelakie rankingi, wykształciło się swoiste, „wyścigowe” kryterium oceny samorządów. Za dobrą i skuteczną władzę lokalną uchodzi taka, której udało się pozyskać jak najwięcej unijnych środków pomocowych. Stało się to głównym atutem w przedwyborczych kampaniach samorządowych – kto wyrwał z Brukseli więcej kasy, ten jest lepszy. W tym populistycznym pędzie mniej ważny, niż magia cyfr, staje się cel, na jaki pozyskuje się środki. Trzeba badać na co aktualnie dają i… wnioskować na potęgę, aplikować, gdzie tylko można. Małe, mazurskie miasteczka, o posezonowym szczycie komunikacyjnym rzędu jeden samochód na godzinę, budują więc dziesiątki rond, parkingów i obwodnic. Zgodnie z europejskimi normatywami, przy modernizowanych ulicach muszą zostać wytyczone ścieżki rowerowe, więc z braku miejsca wycinane są szpalery drzew, oddzielające pas drogowy od chodnika (przy budowie tylko jednej ścieżki rowerowej wycięto w Giżycku ponad 100 drzew). Realizowane są też takie pomysły, jak hale widowiskowo-sportowe, zdolne pomieścić całą lokalną ludność, operetkowe miasteczka kowbojskie, czy największe w kraju tężnie. Mazury są też przerabiane na góry i za unijne pieniądze powstają tutaj profesjonalnie wyposażone stoki zjazdowe, ale w tej materii naszą pomysłowość przebili Litwini, wyrywając unijną dotację na budowę w Druskiennikach sztucznego i krytego, całorocznego stoku narciarskiego. Odkąd giżyckie molo nad jeziorem Niegocin, w ramach modernizacji, zabezpieczono od fal za pomocą wielkich, betonowych gwiazdobloków, spodziewam się, iż niebawem któryś z samorządowców wpadnie na genialny pomysł powiększenia Śniardw do naprawdę morskich rozmiarów, nakrycia uzyskanego w ten sposób akwenu termiczną kopułą, która utrzymywałaby klimat śródziemnomorski, i zaintrodukowania w jego wody delfinów, będących już i tak maskotkowymi pamiątkami z Mazur, nagminnie sprzedawanymi na przyplażowych, sezonowych stoiskach. Ufff… jak mawiała lokomotywa do Tuwima.
Mój przyjaciel, nieobeznany z europejskimi trendami w wydaniu mazurskim, nie mógł też oczywiście wiedzieć, iż zamiana solidnej, poniemieckiej kostki na wytargowany w publicznym przetargu, najtańszy polbruk, to żadna głupota i marnotrawstwo, a wręcz przeciwnie – przejaw bardzo praktycznej zmyślności. Najbardziej tęgie, europejskie rozumy opracowały bowiem procedury pomocowych dotacji w ten sposób, iż w ramach realizacji dotowanych projektów nie przewidują one żadnych oszczędności, czy wykorzystania starych materiałów. W nowych krajach europejskich wszystko musi być równie nowe, jak spod igły, a założony budżet musi w bilansie wychodzić na zero. Biorąc wszystkie te okoliczności pod uwagę, nietrudno dojść do wniosku, że największe europejskie kariery, które polską prezydencję w UE wywindowałyby na niebotyczne szczyty, powinny przypaść współczesnym odpowiednikom bohaterów filmów Stanisława Barei. Muszą oni jeno wymyślać i konstruować „misie” na miarę idei i potrzeb europejskich oraz argumentować na ich rzecz magiczną nowomową naszych czasów, zawierającą jak najwięcej słów-kluczy, takich, jak np. „zrównoważony rozwój”.
Mój mazurski druh z lat dzieciństwa należy do zdawałoby się bardzo ważnego dla tej krainy „pokolenia rozkroku”, czyli osobników, których tzw. pierwsza młodość – lata szkolne, studenckie i wczesne doświadczenia zawodowe – przypadła na okres schyłkowego PRL-u. Dojrzałość tej grupy pokoleniowej w dużej części została ukształtowana w duchu krytycyzmu wobec zastanego systemu i dogłębnej wiary, że jego ograniczenia i absurdy zostaną automatycznie unicestwione wraz z wprowadzeniem zasad gospodarki rynkowej, pełnej demokracji i samorządności. Owi naówczas trzydziestolatkowie, wchodzili w ostatnią dekadę XX stulecia z wielkimi nadziejami i energią, tworząc specyficzną, pokoleniową elitę w pełni uprawnionych miejscem urodzenia oraz raczkującą samorządnością „gospodarzy Mazur”. To wówczas powstawały takie organizacje, jak Wspólnota Kulturowa „Borussia” w Olsztynie i Wspólnota Mazurska w Giżycku, a ich założyciele w swej działalności usiłowali się kierować ideami zrównoważonego rozwoju, całkiem jeszcze bez znajomości leksykonu „poprawnej europejszczyzny”. Ten „zrównoważony rozwój” był przez nich rozumiany jako pełna harmonia pomiędzy historią i kulturową tradycją ziemi mazurskiej, a jej przyszłością i rozwojem ekonomicznym, pomiędzy walorami przyrody oraz naturalnego i kulturowego krajobrazu, a rozwijaniem podstawowej dla regionu gałęzi gospodarczej, jaką jawi się turystyka, pomiędzy budowaniem ekonomicznego bezpieczeństwa i powodzenia mieszkańców Mazur, a ich obywatelską i gospodarską samoświadomością. Wydawało się w owym czasie, że taka harmonia i rozwojowe zrównoważenie może też zapanować pomiędzy poszczególnymi sferami lokalnego życia – kulturową, biznesową i polityczno-samorządową (czyli de facto – administracyjną). Wszak wszędzie do głosu dochodzili właśnie owi przedstawiciele „pokolenia rozkroku” – pełni energii i inwencji młodzi jeszcze Mazurzy, a jednocześnie Europejczycy.
Jeśli spróbujemy ogarnąć wzrokiem i ocenić owe dwie dekady mazurskiej samorządności, to trzeba ze smutkiem stwierdzić, iż niewiele z owych wyobrażeń i nadziei uległo pozytywnemu wypełnieniu. Gdzieś porozchodziły się drogi kulturowych wizjonerów, lokalnych biznesmenów i samorządowców, a peerelowskie ograniczenia i absurdy zostały zastąpione przez nowe, tym razem demokratyczno-unijnej proweniencji. Samorządowcy zajęli się na całego swoją wyborczą klientelą, całą energię zużywając w grach o unijne dotacje i przy wymyślaniu coraz bardziej wybujałych sposobów na ich przyswojenie, co z reguły zapewnia im reelekcję. W ramach „rozdawnictwa igrzysk” organizują też coraz to bardziej „wystrzałowe” letnie imprezy masowe (najlepiej jak trafią jeszcze pod patronat jakichś ogólnopolskich mediów), które z mazurską tradycją kulturową miewają rzadko coś wspólnego, ale przyciągają niewybredną gawiedź turystyczną, zaś tubylcom dają złudzenie wielkoświatowego blichtru. Biznesmeni w większości porzucili myśl o przebijaniu się na rynki z oryginalnymi, lokalnymi produktami i pokumali z chińskimi hurtowniami oraz innymi sieciówkami, przynoszącymi maksymalne zyski, przy minimum nakładów, zaś kreatorzy kulturowi – owa przysłowiowa śmietanka miejscowego narodu – albo popadli w społeczną alienację i zamknięci w swoich mini gettach organizują dla własnego, zamkniętego grona jakieś wydarzenia, podczas których uskarżają się, iż nie mają nijakiego wpływu na decyzje samorządowe i kształt mazurskich przemian, albo machają łapką na dawne wyobrażenia oraz nadzieje i „dla chleba” angażują się w owe samorządowe, kulturalno-rozrywkowe masówki.
Nie chcę być gołosłowny, więc przytoczę kilka przykładów z najbliższego otoczenia. Choćby ową, wspomnianą na wstępie, akcję modernizacji za unijne pieniądze śródmieścia Giżycka wraz z dosztukowaniem ronda do dawnego układu urbanistycznego rynku i przerobieniem pozostałości zabytkowego cmentarza na relaksacyjną przestrzeń parkową, gdzie archeolodzy czynią wrogą, krecią robotę, wygrzebując wciąż nowe szczątki ludzkie spod planowanej fontanny. Oprócz kilku zdeklarowanych „kulturowych maruderów”, którzy pojękują coś na temat szacunku dla przeszłości, mogącej być motorem turystyki kwalifikowanej, oraz snują istne fantazje na temat lapidarium, miast podświetlanej fontanny, mieszkańcy miasteczka w większości akceptują tę przyszłościową inwestycję, a kiedy jeszcze zobaczą, jak to wszystko ślicznie wygląda (szczególnie w okrągłym zapisie cyfrowym kasy wygarniętej z UE), to na pewno wybiorą swego burmistrza na kolejną kadencję w pierwszej turze. Najlepszym z kolei giżyckim biznesem w pierwszej dekadzie XXI wieku okazały się salony z używaną odzieżą sprowadzaną z Zachodu oraz chińszczyzną (chodzi w tym przypadku o tanie biustonosze, majtki i aparaturę audio-tele, a nie o dania kuchni chińskiej). Miejska przestrzeń handlowa jest przepełniona taką intratną ofertą. Nawet oferowane turystom pamiątki z Mazur mają metkę chińską. Innym, wschodzącym mazurskim biznesem jest „zrównoważony postęp” w dziedzinie energetyki, czyli całe fermy wiatrowe, stawiane w ramach europejskiej idei pozyskiwania energii odnawialnej, które już spaprały krajobraz Szeskich Wzgórz pod Gołdapią, a niebawem nadciągną ku linii Wielkich Jezior, boć marnuje się tam przecie bezproduktywnie wiele wiatru. Własnousznie z ust pracownika mazurskiego przedstawicielstwa firmy, montującej owe wiatraki, zasłyszałem, że takie papranie krajobrazu i przyrody (wytwarzane drgania dezorientują owady i ptactwo) to krociowy biznes, a na dokładkę wydatki są refundowane przez UE, jako działanie… wybitnie ekologiczne (to pewnie tak, jak z wprowadzaniem na siłę energooszczędnych świetlówek, które są trwałe tylko wówczas, jak się w ogóle nie wyłącza światła, a ich utylizacja jest dużo bardziej kłopotliwa i kosztowna, niż zwykłych, nieoszczędnych żarówek). Przy tych wszystkich operacjach, zarówno samorządowcy, jak i sfera biznesowa, na prawo i lewo szermują modnym hasłem „zrównoważonego rozwoju”, jakby to była jakowaś magiczna mantra, która usprawiedliwi i namaści głęboką słusznością wszelkie idiotyzmy. Ech, jak mi brak jakiegoś współczesnego, europejskiego Barei, który w dowcipny sposób by sfabularyzował te smaczki…
Na wakacyjnym, „borussiańskim” spotkaniu w Kętrzynie poznałem też kondycję i XXI-wieczną problematykę, z jaką borykają się warmińsko-mazurscy kreatorzy i działacze kultury. Generalnie, całą kętrzyńską dyskusję można by było sprowadzić do wielogłosowego lamentu z wątkiem przewodnim: „my chcemy dobrze dla regionu, ale decydenci nas nie słuchają”. W dyskusyjnych wypowiedziach przeważały skargi, że jest nie tak, jak chcieliby regionalni intelektualiści, i nie ma większych możliwości, aby było, jak trzeba. Padały głosy o konieczności stworzenia systemu, który urealniałby wpływ kreatorów i działaczy kultury, owej regionalnej „śmietanki inteligenckiej”, na samorządowe decyzje, tudzież o tworzeniu skutecznych, lobbystycznych grup nacisku, z jakimi decydenci musieliby się liczyć, a co za tym idzie – realizować ich słuszne propozycje. Gorzej, kiedy ktoś zechciałby poskrobać nieco głębiej i w owej mgławicy lamentu i roszczeń dogrzebać się jakiejś spójnej wizji regionalnej kultury z wytyczonymi priorytetowymi kierunkami. Okazuje się, iż warmińsko-mazurska inteligencja jest mocno zatomizowana i poszczególne środowiska (o ile w ogóle mają kształt środowisk, a nie są to pojedyncze osoby z indywidualnymi wizjami w swoich dziedzinach, przekonane o ich słuszności przez kilku kumpli, ale wyalienowane z szerszego, społecznego podłoża) niewiele o sobie wiedzą. Olsztyn na przykład, z ambicyjkami kulturowej decentralizacji na szczeblu ogólnokrajowym, sam podtrzymuje centralistyczną pozycję wobec reszty regionu, tworząc jakowąś autarkię wokół swych kulturowo-akademickich instytucji i organizacji, której niekoniecznie potrzebne są do szczęścia np. ełckie lub gołdapskie inicjatywy oraz realizacje. Jakże żywe na początku ostatniej dekady XX w. rojenia o decentralizacji kultury i pełnej autonomii wartościowych, prowincjonalnych zjawisk zmarły chyba śmiercią naturalną – aby coś zjawiskowego wypsnęło się z olsztyńskiego cienia, musi zostać dostrzeżone w Warszawie, zaś z jeszcze głębszej prowincji droga prowadzi przeważnie przez Olsztyn i tamtejsze instytucje lub środowiska (chyba, że komuś się uda galop na skróty, ale to tylko potwierdza fakt atomizacji regionalnych elit). Owa wzajemna nieznajomość, atomizacja celów i działań oraz brak jakiejś wspólnej linii programowej warmińsko-mazurskich elit kulturowych, ujawnione na kętrzyńskim spotkaniu, może wynikać z tego, iż było to chyba pierwsze ogólnoregionalne spotkanie tego typu od czasu sławetnego Kongresu Kultury Warmii i Mazur w początkach pierwszej dekady XXI stulecia. Być może trzeba dużo więcej takich regularnych spotkań, aby doszło do autentycznej wymiany poglądów i idei oraz wypracowania wspólnych programów. Nie mniej, zastana w chwili obecnej sytuacja przedstawia się z grubsza tak, jak to zasugerowałem powyżej. Warmińsko-mazurską elitę intelektualną łączy obecnie jedynie przeświadczenie, że skomercjalizowane, masowe imprezy, pokroju Pikniku Country, czy rekonstrukcji Bitwy Grunwaldzkiej, to nie to, o co naprawdę w regionalnej kulturze powinno chodzić. Ale być może jest to jedynie objaw podskórnej zazdrości o odbiorczy i komercyjny sukces tych realizacji…
Przy całym lamencie na temat trudności z dotarciem do samorządowych decydentów z kulturowymi ideami i pomysłami oraz skarg na niewielką pomoc samorządów dla słusznych, z punktu widzenia rodzimej elity intelektualnej, realizacji, raczej nikt z tego grona nie pcha się na publiczne stanowiska, gdzie mógłby znaleźć narzędzia do przekształcenia w czyn swojego doświadczenia i inwencji twórczej. Czynna demokracja nie ma wśród kulturowych elit regionu wielkiego wzięcia – „ubabranie sobie rąk władzą” raczej nie należy do modnych i pożądanych w tych kręgach. O ile jest to zrozumiałe w przypadku artystów i naukowców, którzy funkcjonują w świecie swoich kreacji, i aktywne wychodzenie poza ten świat może zupełnie nie wyjść na zdrowie zarówno im, jak i podmiotom ich samorządowego działania, o tyle tzw. działaczom kultury dziwię się niezmiernie. Wszak aktywność społeczna jest ich główną funkcją, a może być dużo bardziej skuteczna, jeśli przeniesie się ją demokratycznie na płaszczyznę samorządowo-administracyjną. Wygląda, że jeno ludzie teatru nie boją się tutaj angażować w sferę polityki i władzy – olsztyńska aktorka Irena Telesz jest radną sejmiku województwa warmińsko-mazurskiego, zaś dyrektor Teatru im. Stefana Jaracza, Janusz Kijowski, zadeklarował podczas kętrzyńskiego spotkania swój start w tegorocznych wyborach parlamentarnych. Ale może to wynika ze specyfiki zawodowej, że ludziom teatru łatwiej jest wchodzić w odmienne role dla realizacji swoich celów… Natomiast argumentowanie, że czynne angażowanie się w samorządową demokrację może być zastąpione budowaniem silnych działań lobbystycznych, wywierających odpowiedni wpływ na władzę (co podobno tak dobrze wychodzi kadzidłowskiej „Sadybie”), nie stanowi idealnej recepty. Owszem, sprawdza się to, kiedy jedyną przeszkodą do pokonania jest durnota samorządów lub paraliż administracyjny, ale załamuje się przy sytuacji konfrontacji z równie silnym (jeśli nie silniejszym) lobby oponenckim. Wychodzi z tego jeno marnowanie cennej energii na podjazdowe wojny i gry przepisów, a w najlepszym wypadku efektem są jakieś koślawe kompromisy, kiedy administracja samorządowa lub rządowa (różne są poziomy tych utarczek interesów) w ramach „zrównoważonej demokracji” stara się zaspokoić obie strony lobbystycznego konfliktu.
Na tym XXI-wiecznym gruzowisku marzeń mazurskiego „pokolenia rozkroku”, wypełnionym po brzegi dzbana prowincjonalną terapią antykompleksową samorządowych inwestycji, galanteryjnym bezguściem kulturalno-rozrywkowych masówek oraz pustosłowiem unijno-europejskiej nowomowy, niczym jednoczące i aktywizujące wszystkich ideowe zbawienie, pojawiły się odpowiedniki Barejowskiego „misia” – słomiane idee, wokół których rozkwita bezproduktywna aktywność, karmiąca się samą sobą. Sfera samorządowo-administracyjna (a także w pewnej mierze regionalny biznes) przyssała się ostatnio z wielkim impetem do akcji plebiscytowej „Mazury – Cud Natury”. Wygłówkowany przez komercyjnych speców od marketingu światowy plebiscyt „New 7 Wonders Of The World”, w którego finale, dotyczącym naturalnego krajobrazu, znalazły się niespodziewanie Mazury (a może spodziewanie – trzeba było ogólnoświatową populację jakoś zmyślnie obdzielić obiektami do głosowania), stał się w ostatnim czasie samym sednem, wręcz ideowym szkieletem, wszelkich regionalnych działań promocyjno-rozwojowych. Cała, pochłaniająca spore środki finansowe, aktywność propagandowo-wydawnicza samorządu wojewódzkiego i lokalnych władz skupia się wokół tego „misia”. Symbol owego naturalnego cudactwa – pokraczny bocianek z wybałuszonymi, jak po solidnym kopie między nogi, gałami, zawędrował już na Litwę, do Rosji i Czech, zapewne w ramach „transnarodowego kontekstu”. Nareszcie Mazury mają swoje międzynarodowe „pięć minut” (i obeszło się bez tych paskudnych Niemców, bo natury to oni tutaj nie wprowadzali w ramach kulturowych krucjat), a efekt będzie taki, jak przy również z wielkim szumem promowanym, tutejszym pobycie finalistek konkursu Miss World w 2006 r., czyli żaden. Nawiązując do propagandowych haseł plebiscytowych, chciałoby się rzec: „To Mazury – nie Kraina Fantazji z Neverending Story”… Cóż to będzie, jak jakimś przypadkiem zostaniemy tym cudakiem i trzeba się będzie naprawdę zmierzyć z turystyczną charyzmą Kanionu Kolorado, czy Wysp Galapagos – wolę nie myśleć. Samorządowcom całkiem się przewróci w głowach, że to dzięki nim, i dopiero się rozszaleją z pomysłowymi absurdami. Jedyną różnicą między Barejowskim „misiem” rodem z PRL-u, a tą plebiscytową, bocianią pokraką jest to, iż tamten był słomiany, a ten – wirtualny.
Z kolei szeroko pojęta śmietanka intelektualno-kulturowa regionu konstruuje sobie innego „misia”, jakim jest projekt Mazurskiego Parku Narodowego, i skupia się wokół aktywności na rzecz jego powstania, choć – tak samo, jak w poprzednim przypadku – nie bardzo wiadomo czemu konkretnie miałoby to służyć. Obszar południowej części Krainy Wielkich Jezior Mazurskich, który miałby być objęty projektem parkowym, jest bardzo silnie zurbanizowany turystycznie. Przyrodnicze ostoje są objęte ochroną rezerwatową, zaś warstwa kulturowa powinna być skutecznie chroniona regulaminem parku krajobrazowego, który obecnie obejmuje ten obszar. Poza tym jest to jedno wielkie daczowisko (lub cenny teren pod kolejne daczowiska oraz pensjonatowiska) i pojawia się spory opór samorządowo-biznesowy wobec takowego projektu, zaś przełamanie tego oporu za wszelką cenę (np. wyłączenia tamtejszych miejscowości spod ograniczeń parku narodowego) staje się ideową ambicją „parkowego lobby”. Faktycznie, bardziej sensowne wydawałoby się chronienie narodowym zapisem parkowym północnych połaci Wielkich Jezior, zachowanych dotychczas we względnie naturalnym stanie (zabudowa turystyczna tam dopiero raczkuje) i przylegających do naprawdę pierwotnych ostępów Puszczy Boreckiej (dla wielbicieli tego dzikiego lasu Puszcza Piska to spacerowy park dla „warszawki”). Ale „misiowata” idea, dotycząca przeróbki Mazurskiego Parku Krajobrazowego w Park Narodowy już rozkwitła, jako ta wodna lilija, bo jak to może być, aby wśród polskich parków narodowych nie było światowego Cudu Natury, choćby niedoszłego… No i taka płocha ambicja skupiła niespodziewanie tęgie intelekty mazurskie, a takoż zaprzyjaźnione z Mazurami, które w prywatnych rozmowach drwią z „cudownego plebiscytu”, jako pustej gierki populistyczno-medialnej, jakowego trywialnego audio-tele, jeno na większą nieco skalę. Podobno nieodgadnione są zawiłości ścieżek ludzkiego rozumu, ale ten chocholi taniec naszych mądralińskich, to zdaje się taka narodowa tradycja…
Na zakończenie moich pohukiwań chciałbym powrócić do rozmowy z moim kolegą od czasów dzieciństwa, a obecnie stołecznym profesorem. Zagadnął mnie jeszcze: – Widziałeś, co zrobili z placem przed ratuszem w Piszu? Wycięli wszystkie drzewa, które go niegdyś ocieniały i wyłożyli całą przestrzeń kostką, na której zainstalowano ławki. Jak spytałem burmistrza skąd taki pomysł, to rzekł, że zieleń przysłaniała widok na zabytkową, ratuszową architekturę, a poza tym kawki, które porobiły sobie gniazda w koronach drzew, obsrywały cały plac i wypoczywających na nim ludzi. To też w ramach zrównoważonego rozwoju – architekturze świeczka, a ludziom ogarek… Ludzie szybko sobie z tym „zrównoważeniem” poradzili, ustawiając ławeczki w cieniu okalających plac kamieniczek. Powrócą na jego środek wraz z kawkami, jak odpowiednio podrosną zasadzone w miejscu wyciętych drzew, młode kikuciki, czyli najprędzej za jakieś dwadzieścia lat. No i co tu gadać…
Wojciech Marek Darski

źródło: "Borussia.Kultura.Historia.Literatura" numer 50/2011

 
Kurier Mazurski
Użytkownik usunięty

2012-03-10 07:25:35

To wszystko prawda. Bardzo podoba mi się ten tekst. Zastanawia mnie tylko jedno; dlaczego władza, jeśli już musi budowac, tworzyc, zmieniac (bo chce przecież przetrwac na stanowisku) - nie wyda unijnej kasy z głową? I tak, zamiast kolejnego przekładania nawierzchni Warszawskiej - remont ulic, które tego wymagają (choćby w otoczeniu ratusza). Zamiast kładki – most drogowy, zamiast ronda przy pl. Grunwaldzkim – rondo na obwodnicy, itp., itd. A może klucz tkwi tylko w tym, że lud jest krótkowzroczny i widzi jedynie roboty poprowadzone w centrum, a gospodarność i sens w planowaniu remontów, i w budownictwie wcale nie robi na nim wrażenia? Po co inwestowac w nawierzchnię ulicy Łąkowej, skoro popłynie stamtąd zaledwie kilka głosów wyborczych? Może również i o to chodzi?
Tyle, że coraz częściej pojawiają się głosy krytyczne ludu mazurskiego. A to w Ostródzie straszą referendum, bo mają już dosyc inwestowania burmistrza w „błyskotki”, a tamtejsi ludzie płaczą, że nie mają co do gara włożyc, bo zwyczajnie brakuje pracy. A to prezydentowi Ełku oberwało się ostatnio (na podobnej zasadzie), bo uparł się, że wybuduje kolejną… fontannę. Chyba mazurskie władze samorządowe zatraciły się w tej propagandzie pseudorozwoju, inwestując w różne populistyczne „wisienki” na torcie. A tu nagle okazuje się sie, że ludowi brakuje zwyczajnego chleba. Bo przecież bez lodowiska za kilkanaście milionów da się życ, ale bez pracy i dobrej drogi, to już raczej niekoniecznie...

 
vooda Wyróżniony

10,407

2012-03-10 18:01:06

Kurier Mazurski:

Zastanawia mnie tylko jedno; dlaczego władza, jeśli już musi budowac, tworzyc, zmieniac (bo chce przecież przetrwac na stanowisku) - nie wyda unijnej kasy z głową?

Prawda, jakie to się wydaje logiczne i proste, a realnie… wcale tak nie jest. Przede wszystkim trzeba zrozumieć to, że kasa z UE nie jest wcale przeznaczana na realne potrzeby naszych miasteczek i ich mieszkańców, a na to… co sobie wymyślą jako potrzebne i warte wsparcia urzędnicy z odległej Brukseli. Programy unijne są konstruowane tak, aby rozwijane było i wspomagane to, co leży w globalnie pojętym interesie UE jako całości. To nie jest żadna filantropia, tylko czysto pojęty interes - wydane pieniądze muszą się w jakimś odgórnie przyjętym zakresie opłacić. Wczoraj projekty dotyczyły np. inwestycji infrastrukturalno-drogowych, a już jutro np. transgranicznej współpracy, czy energii odnawialnej. Naszym włodarzom pozostaje tylko dopasowywanie lokalnych potrzeb do warunków aktualnie ogłaszanych przez Brukselę programów, a jeśli żadna z takich istotnych potrzeb nie pasuje akurat do brukselskich programów, to… można nie wnioskować i nie brać żadnych pieniędzy (ale wtedy będzie gadka, że samorząd do dupy, bo nic z unijnych dotacji nie uszczknął), albo wymyślać cuda-wianki, co by do wymogów dofinansowania unijnego pasowały. Ot i cała tajemnica wiary w unijną filantropię i rozwój :crazy:

Nigdy nie jest się samotnym, mając gumową kaczuszkę.
(Douglas Adams)
 
Kurier Mazurski
Użytkownik usunięty

2012-03-10 20:14:29

vooda:

Kurier Mazurski:

Zastanawia mnie tylko jedno; dlaczego władza, jeśli już musi budowac, tworzyc, zmieniac (bo chce przecież przetrwac na stanowisku) - nie wyda unijnej kasy z głową?

Prawda, jakie to się wydaje logiczne i proste, a realnie… wcale tak nie jest. Przede wszystkim trzeba zrozumieć to, że kasa z UE nie jest wcale przeznaczana na realne potrzeby naszych miasteczek i ich mieszkańców, a na to… co sobie wymyślą jako potrzebne i warte wsparcia urzędnicy z odległej Brukseli. Programy unijne są konstruowane tak, aby rozwijane było i wspomagane to, co leży w globalnie pojętym interesie UE jako całości. To nie jest żadna filantropia, tylko czysto pojęty interes - wydane pieniądze muszą się w jakimś odgórnie przyjętym zakresie opłacić. Wczoraj projekty dotyczyły np. inwestycji infrastrukturalno-drogowych, a już jutro np. transgranicznej współpracy, czy energii odnawialnej. Naszym włodarzom pozostaje tylko dopasowywanie lokalnych potrzeb do warunków aktualnie ogłaszanych przez Brukselę programów, a jeśli żadna z takich istotnych potrzeb nie pasuje akurat do brukselskich programów, to… można nie wnioskować i nie brać żadnych pieniędzy (ale wtedy będzie gadka, że samorząd do dupy, bo nic z unijnych dotacji nie uszczknął), albo wymyślać cuda-wianki, co by do wymogów dofinansowania unijnego pasowały. Ot i cała tajemnica wiary w unijną filantropię i rozwój :crazy:

Jakoś trudno mi się z tym zgodzic. Niedowiarkom polecam nowy obiekt rekreacyjno - sportowy w Olecku. I z głową, i zgodnie z zapotrzebowaniem :)! I z ogromnym dofinansowaniem UE.

 
vooda Wyróżniony

10,407

2012-03-10 20:57:50

No, jeśli się przyjmie, że najważniejszą potrzebą kilkunastotysięcznego (z mieszkańcami gminy będzie około 22 tys.), prowincjonalnego miasteczka jest hala widowiskowo-sportowa o kubaturze przekraczającej 54 tysiące metrów sześciennych, na którą z miejskiego budżetu trzeba będzie wysupłać 19 mln złotych (UE dorzuciło 17 mln do oszacowanej na ponad 36 mln inwestycji - nie jest to nawet 50%, więc nie wiem czy to takie "ogromne dofinansowanie"), a później ją utrzymywać, to się z Tobą zgodzę. Dzięki tej zaplanowanej "z głową" i "zgodnej z zapotrzebowaniem" inwestycji Olecko na koniec roku 2012 będzie zadłużone na ponad 35 mln zł, przy tegorocznym budżecie rzędu 74,5 mln zł - to dane z RIO, która ocenia, że to jednak żaden problem, bo owe zobowiązania nie przekraczają 60% dochodów. Można sobie tę sytuację porównywać do innych, poszczególnych miasteczek mazurskich, ale z grubsza wszędzie wygląda to podobnie. Wyniosłe pomniki władzy, jakby powiedział Fuledzki…
Generalnie to w artykule chodzi m.in. właśnie o takie inwestycje, jak w Olecku, które są dopasowywane na siłę do sprokurowanych w Brukseli programów. Założę się, że to było w ramach jakiegoś brukselskiego pomysłu na "podnoszenie atrakcyjności turystycznej", albo czegoś podobnego. Wszędzie na Mazurach "podnosi się atrakcyjnosć turystyczną", budując z pomocą "cioci niUnii" rozliczne hale widowiskowo-sportowe, baseny, lodowiska itp., bo przyjeżdżający z wielkich miast turyści nie mają przecież tego u siebie i koniecznie muszą jechać na Mazury, aby z takich cudów natury skorzystać :crazy:

Nigdy nie jest się samotnym, mając gumową kaczuszkę.
(Douglas Adams)
 
obiektywny Mężczyzna

1,354

2012-03-10 21:35:01

Panie vooda a co w/g Pana w takich jak to nazywasz "pipidówach"powinno się budować?co jest zbednym luksusem a czego u nas brakuje?Chętnie poznam Pana zdanie w tym temacie.

zadowolony z życia.....
 
vooda Wyróżniony

10,407

2012-03-10 21:46:38

Aby nie brnąć w zdawkowość dyskusji o ogółach, spróbuję wyjaśnić to na konkrecie. Gdybym ja rządził Oleckiem, to w ramach "podnoszenia atrakcyjności turystycznej" nie chwytałbym się za pierwszy z brzegu, opatentowany już wszędzie pomysł, jakim jest hala widowiskowo-sportowa, a postarałbym się zabrać za reaktywację Oleckiej Kolejki Wąskotorowej. Jej dawna sieć oplatała najpiękniejsze tereny gminy Olecko od Świętajna po Mieruniszki. Byłaby to niezwykle oryginalna propozycja "podnosząca atrakcyjność turystyczną", na pewno znalazłyby się na to pieniądze w tym samym brukselskim programie, który finansuje halę widowiskowo-sportową, a po realizacji takiej koncepcji mogłoby się przy niej "pożywić" znacznie więcej podmiotów turystyczno-biznesowych z miasta i okolicy, niż przy hali.
To jest oczywiście tylko przykład. Chodzi o to, aby nawet przy tych "programowych korytarzach" UE realizować pomysły oryginalne i naprawdę "z głową", a nie urzędnicze stadardy typu hala widowiskowo-sportowa, basen, lodowisko i chuj, dupa, cycki na postumencie z tryskającą wodą :crazy:

Nigdy nie jest się samotnym, mając gumową kaczuszkę.
(Douglas Adams)
 
obiektywny Mężczyzna

1,354

2012-03-10 21:51:14

Ok w pewnym stopniu się z Panem zgadzam tylko ,że sezon u nas trwa dwa miesiące więc turystów mamy około 1,5 miesiąca przy oczywiscie dobrej pogodzie.
Olecko mamy załatwione a co z naszym Gizyckiem?tu na co by Pan postawil jako priorytet?

zadowolony z życia.....
 
vooda Wyróżniony

10,407

2012-03-10 22:04:33

Tak, przy okazji ełckiej wąskotorówki, przyszły mi do głowy tory (a w zasadzie już tylko nasyp) do Węgorzewa i nasza linia nad jeziorem. Może wspólnie z Węgorzewem i Kętrzynem mozna by było aplikować o odtworzenie infrastruktury kolejowej (może choćby w formacie waskotorowym) dla celów turystycznych. Ale to tak w formie idee fixe… :-D
Jest jeden bardzo istotny priorytet dla Giżycka - można powiedzieć podstawowa kwestia dalszego rozwoju miasta - ale nie chcę go teraz zdradzać. Może nasi decydenci aktualni lub przyszli sami się domyślą… :mad2:

Nigdy nie jest się samotnym, mając gumową kaczuszkę.
(Douglas Adams)
 
Z.J. Mężczyzna

3,128

2012-03-10 22:39:17

Kolej to niestety mrzonki. Koszt odbudowy rozebranej linii kolejowej to ok.4 milionów złota za 1km (za pl.misc.kolej - forum miłośników kolei. Podawali przykład linii Ścinawka Średnia-Tłumaczów). Czyli linia Giżycko-Węgorzewo to lekko licząc 120 milionów. Istnieje wiele lepszych sposobów na zmarnowanie takiej kasy - np. wybudowanie jeszcze pięciu EkoMarin.

 
jo44 Mężczyzna

1,581

2012-03-11 01:03:29

vooda:

Kolej to niestety mrzonki. Koszt odbudowy rozebranej linii kolejowej to ok.4 milionów złota za 1km (za pl.misc.kolej - forum miłośników kolei. Podawali przykład linii Ścinawka Średnia-Tłumaczów). Czyli linia Giżycko-Węgorzewo to lekko licząc 120 milionów.

Niestety kolei to mrzonki. :(
Swego czasu, także na OFG, pisałem o pomyśle odsunięcia w Giżycku torów od Niegocina. W skrócie: należy wyremontować/odbudować torowiska na trasie Kętrzyn - Węgorzewo - Kruklanki -Giżycko. Dworzec przenieść w okolice Bystrego. Giżycko zyskuje dostęp do Niegocina, Węgorzewo, Kruklanki, Pozezdrze kolejowe połączenia z Polską, koleje nowych pasażerów. Starałem się zainteresować projektem Bardzo Ważną Osobę, która obiecała zainteresować jeszcze Ważniejsze. :) I co? I nic! Z PKP muru nie przebijesz! :)

 
nonmaximus Mężczyzna
titleless

1,304

2012-03-11 01:49:58

jo44:

vooda:

Kolej to niestety mrzonki. Koszt odbudowy rozebranej linii kolejowej to ok.4 milionów złota za 1km (za pl.misc.kolej - forum miłośników kolei. Podawali przykład linii Ścinawka Średnia-Tłumaczów). Czyli linia Giżycko-Węgorzewo to lekko licząc 120 milionów.

Niestety kolei to mrzonki. :(
Swego czasu, także na OFG, pisałem o pomyśle odsunięcia w Giżycku torów od Niegocina. W skrócie: należy wyremontować/odbudować torowiska na trasie Kętrzyn - Węgorzewo - Kruklanki -Giżycko. Dworzec przenieść w okolice Bystrego. Giżycko zyskuje dostęp do Niegocina, Węgorzewo, Kruklanki, Pozezdrze kolejowe połączenia z Polską, koleje nowych pasażerów. Starałem się zainteresować projektem Bardzo Ważną Osobę, która obiecała zainteresować jeszcze Ważniejsze. :) I co? I nic! Z PKP muru nie przebijesz! :)

Fajny pomysł :ok2:
Ale z tego co rozumiem pomysł voody, to kolejka nie miałaby nic wspólnego z PKP (poza tym, że podlegałaby pod te same przepisy kolejowe).

 
atos Mężczyzna
na bocznym torze

2,599

2012-03-11 08:17:53

nonmaximus:

jo44:

vooda:

Kolej to niestety mrzonki. Koszt odbudowy rozebranej linii kolejowej to ok.4 milionów złota za 1km (za pl.misc.kolej - forum miłośników kolei. Podawali przykład linii Ścinawka Średnia-Tłumaczów). Czyli linia Giżycko-Węgorzewo to lekko licząc 120 milionów.

Niestety kolei to mrzonki. :(
Swego czasu, także na OFG, pisałem o pomyśle odsunięcia w Giżycku torów od Niegocina. W skrócie: należy wyremontować/odbudować torowiska na trasie Kętrzyn - Węgorzewo - Kruklanki -Giżycko. Dworzec przenieść w okolice Bystrego. Giżycko zyskuje dostęp do Niegocina, Węgorzewo, Kruklanki, Pozezdrze kolejowe połączenia z Polską, koleje nowych pasażerów. Starałem się zainteresować projektem Bardzo Ważną Osobę, która obiecała zainteresować jeszcze Ważniejsze. :) I co? I nic! Z PKP muru nie przebijesz! :)

Fajny pomysł :ok2:
Ale z tego co rozumiem pomysł voody, to kolejka nie miałaby nic wspólnego z PKP (poza tym, że podlegałaby pod te same przepisy kolejowe).

chyba że będzie to kolejka na kołach starymi nasypami- dużo tańsze do realizacji, w eksploatacji i poza strukturami PKP  ;)
niedaleko szukając cuś takiego:
http://www.bialowieskiexpress.bialowieza.pl/gallery/kolejka-Bialowieza.jpg
tylko z dłuższym taborem :)
Pozdrawiam

pół biedy- wyłożyć się na piasku, cała bieda- na asfalcie
 
mno

42

2012-04-11 12:55:25

Panie Wojciechu, dziękuję za ten tekst i proszę o kolejne felietony. Najlepiej w starym stylu, bez dziwnego Voxa Populskiego.
Pozdrawiam z Wrocławia! :)

 
fuledzki
wojciech łukowski

1,295

2012-04-11 13:35:06

Może to był felieton "przejściowy", bo kolegę Populskiego zastąpił jakiś kolega Autora - jakiś profesor.
Sadzę, że mamy do czynienia ze stopniową ewolucją Szanownego Autora w dobrym kierunku.

Przejdź do strony: Poprzednia [12, 3,