Atlantyda Północy - historia plemion pruskich

Autor Wiadomość
vooda Wyróżniony

10,377

2008-06-03 18:37:51

ATLANTYDA PÓŁNOCY

Naród, który u zarania dziejów był gospodarzem dziewiczej krainy pomiędzy dolną Wisłą a Niemnem, zniknął z historii pod koniec średniowiecza, pozostawiając po sobie jedynie językowe relikty w postaci nazw rzek, jezior i miejscowości. Północni poganie, którzy zapisali się w naszej historii jako sprawcy męczeńskiej śmierci patrona Polski - św. Wojciecha oraz bezpośredni powód innego "polskiego nieszczęścia" - sprowadzenia Krzyżaków na Mazowsze, pozostawili po sobie również nazwę swojej krainy, przejętą przez niemieckojęzycznych najeźdźców, na której ciąży "dziejowa ekskomunika". Nazwa Prusy kojarzy nam się z militaryzmem niemieckim. Również z "pruską dyscypliną" - doprowadzonym do absurdu posłuszeństwem, redukującym człowieka do roli trybika w mechanizmie państwowym. Tymczasem kraina i lud, które pod tą nazwą weszły do europejskiej historii niewiele miały wspólnego z tak rozumianym "pruskim duchem".
Historycy przypuszczają, że pogańskie plemiona zamieszkałe na wschód od dolnej Wisły zaczęto nazywać Prusami w IX stuleciu i że nazwę tę nadali im Słowianie. Najstarszy zapis, w formie "Bruzi", pochodzi z wykazu plemion Geografa Bawarskiego, sporządzonego w IX w. W sto lat później arabski kupiec i podróżnik Ibrahim ibn Jakub opisując kraj Mieszka zanotował: "Z Mesko sąsiadują na wschodzie Rus, a na północy Burus". Pierwszy zapis w łacińskiej formie językowej znajduje się w dokumencie z X wieku, zwanym "Dagome iudex". Zostało tam zapisane: "Pruzze usque in locum, quo dicitur Russe", co znaczy - "Prusowie aż do miejsca, które się Ruś nazywa". W najstarszym żywocie św. Wojciecha, spisanym na początku XI wieku oddano wahania misjonarza, który się zastanawiał "czy do Lutyków, czy też do Prusów obrać drogę". Od tej też pory nazwa Prusowie przyjęła się na trwałe w europejskim nazewnictwie, wypierając używaną dotychczas na określenie ludów zajmujących południowo-wschodnie pobrzeże Bałtyku nazwę - Estowie (Aesti). We wczesnośredniowiecznych kronikach i dokumentach stosowano bardzo zróżnicowane formy nowej nazwy: Bruzzi, Pruzi, Pruzzi, Prussi, Prisci, Pruteni, Prutheni. Etymologia nazwy pozostaje niewyjaśniona, choć językoznawcy podejrzewają, iż została utworzona od jakiegoś słowa pruskiego. Jedna z hipotez wywodzi ją z pokrewnych języków bałtyjskich, gdzie zbliżona jest najbardziej do słowa określającego "rozum" i przymiotników "rozumieć" i "pojąć". Po przeróbce dokonanej przez słowiańskich sąsiadów powstała w ten sposób nazwa grupy etnicznej. Sami Prusowie nie przyswoili tej nazwy i w kontaktach z obcymi określali się przeważnie za pomocą nazw regionów, z których pochodzili. Byli więc Bartami, Sambami, Sudowami, Pogezanami, albo Galindami. Nie tworzyli nigdy zwartej państwowości, więc wspólne określenie dla kraju i narodu było im obce.
Nazwę Prusy zawłaszczyli Krzyżacy, ogłaszając się po zakończeniu podboju ziem pruskich "Panami Pruskimi". Odtąd datuje się jej niemiecka historia. Sekularyzowane państwo zakonne zamieniło się w Księstwo Pruskie, zaś związki rodzinne Hohenzollernów przeniosły wkrótce nazwę na inne niemieckie posiadłości tej dynastii. Stąd wyłoniły się Prusy, które kojarzymy z niemieckim militaryzmem i zaborczością. Profesor Łucja Okulicz-Kozaryn w jedynej jak dotąd w Polsce monografii zatytułowanej "Dzieje Prusów" wypowiada się gorzko na powyższy temat:
"Gwoli sprawiedliwości należy przyznać, że w języku niemieckim istnieje rozróżnienie pojęć "Preussen" i "Prussen" oraz "preussisch" i "prussisch". Tylko pierwsze z nich oznaczają włości niemieckie, drugie zaś Prusów i ziemie pruskie podbite niegdyś przez Krzyżaków. W języku polskim także znane są podobne rozróżnienia terminologiczne. Prusowie bowiem to pierwotni mieszkańcy ziem położonych na wschód od Wisły i na Pojezierzu Mazurskim, Prusacy zaś to - po prostu - Niemcy. To ostatnie określenie w odczuciu Polaka ma oczywiście wydźwięk pejoratywny. Z przykrością przy tym trzeba stwierdzić, że pojęcia te nie są jednak powszechnie znane i rozróżniane ani przez Niemców, co mniej dziwi, ani przez Polaków - co już jest poważnym błędem".
NAJSZLACHETNIEJSI BARBARZYŃCY
W swoich szkicach opublikowanych w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia, wybitny polski językoznawca i historyk kultury Aleksander Brückner wystawił plemionom pruskim taką wizytówkę:
"Starzy Prusowie - dziwny to naród, najszlachetniejszy między barbarzyńskimi, jak owi najsprawiedliwsi Trakowie i Getowie Homera i Herodota; nawet nazwa owa, u Tacyta dla całego szczepu od Niemców przyjęta, Aestii, mogłaby zacnych, czcigodnych oznaczać (gockie Aisteis niby, od aistan - szacować, czcić); i w późniejszych źródłach znachodzimy dla nich przydomki spokojnych, najbardziej ludzkich i podobne, mimo nadzwyczajnej waleczności, poświadczonej w X wieku przez Araba geografa. Jedyny to naród, nie widzący w rozbitkach morskich upragnionej zdobyczy, a pomagający im litościwie, broniący ich nawet sam od piratów, najgościnniejszy, porzucający dla gościa i zwykłą trzeźwość, i skromność w jedzeniu i piciu, najskromniejszy, nie dbający o wystawniejszą odzież i ozdoby. (…) I tak uchodzą Prusowie za naród najspokojniejszy, najbardziej ludzki, i mogliby za wzór służyć, gdyby nie ich uporne pogaństwo, nieznoszące chrześcijan w swej ziemi w obawie, że dla takich przybyszów obcego zakonu ziemia im wyjałowieje, drzewa się owocem nie pokryją, nowego przypłodku nie będzie, a przestarzały dobytek umrze."
Niewiele wiemy o wierzeniach Prusów, które tak chronili przed chrześcijańską ekspansją. Panteon bóstw pruskich, jak obyczaje i ceremonie kultowe, nie różniły się chyba zbytnio od wierzeń innych ludów bałtyjskich. Za sprawą osiemnastowiecznego katalogu Hieronima Maleckiego znamy imiona niektórych bóstw pruskich: Autrimpusa - władającego morzem i jeziorami, Bardoaytsa - opiekuna żeglarzy, Curche - boga urodzaju, Patollusa - boga śmierci, Perkunasa - władającego burzą boga wojny, Potrimpusa - wyobrażanego w postaci węża boga magii i mądrości oraz najwyższego boga nieba i ziemi - Ockopirmusa. Legendarne, najważniejsze miejsce kultu - święty dąb w Romove, poświęcony trójcy Potrimpus-Perkunas-Patollus - do dzisiaj budzi emocje naukowców, próbujących dokonać lokalizacji i rekonstrukcji tego obiektu. Z tą "ludzkością i szlachetnością" dawnych Prusów, tak afirmowaną przez Brücknera, też było różnie. Potrimpusowi składano krwawe ofiary z dzieci, przeważnie dziewczynek, których rodził się nadmiar.
Pierwsi Prusowie dotarli w nieprzebyte puszcze wokół Wielkich Jezior Mazurskich prawdopodobnie około połowy pierwszego tysiąclecia p.n.e. Przynieśli ze sobą w gęste bory w rejonie dzisiejszego Ełku, Giżycka, Orzysza i Mikołajek znajomość leśnej hodowli zwierząt domowych, nie wymagającej zbyt wielkich starań o utrzymanie stad, które pasły się swobodnie na śródleśnych łąkach. Rolnictwem zajmowali się w niewielkim stopniu, obsiewając pszenicą, prosem, jęczmieniem i owsem niewielkie, wypalone fragmenty lasu. Na żyźniejszych ziemiach w pobliżu rzek uprawiano groch i bobik. Jednak podstawą pożywienia było mięso zdobywane przez myśliwych i rybaków. Popularnym zajęciem stało się też bartnictwo. Swoje siedliska budowali Prusowie w miejscach naturalnie obronnych. Pomimo zapory, jaką stanowiła puszcza, nie czuli się zbyt bezpiecznie, gdyż chętniej budowali siedziby na wodzie, która stanowiła dodatkową ochronę, niż na lądzie. Pozostałości pruskich osad można napotkać na prawie każdej wyspie na Wielkich Jeziorach Mazurskich. Jeśli na jeziorze nie było żadnej wyspy, Prusowie ją sami budowali. Ścinali odpowiednią ilość drzew i układali je na śródjeziornych płyciznach krzyżującymi się warstwami. Tworzyło to coś na kształt rusztu umocnionego wbitymi w dno jeziora dębowymi palami. Na takim pomoście budowano domostwa. Całość otaczano palisadą z pali wbitych w dno jeziora i łączono z lądem wąską kładką, ułożoną również na palach, którą łatwo było zniszczyć w razie zagrażającego z lądu niebezpieczeństwa. Dobrze zachowany przykład takiego nawodnego siedliska odkryto na jeziorze Dgał Wielki w Pieczarkach koło Giżycka.
Plemiona pruskie nie stworzyły nigdy organizacji państwowej. Pruski model rodowo-plemienny polegał na związku rodów bliskich sobie językowo, wyznających podobne zasady wiary i prowadzących podobny tryb życia. Wytworzony system wodzowski z dobrze uzbrojonymi drużynami wojowników dawał poczucie niezależności i bezpieczeństwa. Rody skupione w organizację plemienną przyjmowały wspólną nazwę, własny system praw i norm postępowania oraz określały własne terytorium, którego broniły przed obcymi. Obszar taki nie miał ściśle wytyczonych granic i zależał od aktywności gospodarczej i zbrojnej plemienia. Pojęcie ojczyzny nie było potrzebne dla istnienia wspólnoty plemiennej. Struktura społeczna rodów i plemion była zróżnicowana. Istotny był status majątkowy oparty o ilość posiadanych dóbr i trofeów. Odbiło się to w widzeniu świata zmarłych. Mężczyzna był chowany wraz z koniem, w pełnym uzbrojeniu, otoczony swoimi dobrami doczesnymi. Cmentarzyska z takimi znaleziskami, jak również pozostałości grodzisk i osad nawodnych odnajdowane są do dziś na obszarze obejmującym Wielkie Jeziora Mazurskie i Pojezierze Mrągowskie, sięgając na wschodzie poza rzekę Ełk.
ZAGINIONE NAZWY I KRAINY
Prusy nie były krainą jednolitą. Zamieszkiwało je wiele plemion, które swoje nazwy wzięły od nazw terytoriów przez siebie opanowanych. Najpełniejszy katalog pruskich nazw plemiennych i terytorialnych podał krzyżacki kronikarz Piotr Dusburg żyjący w XIV stuleciu. Podzielił on Prusy na jedenaście "ziem": Ziemię Chełmińską i Lubawską, Pomezanię, Pogezanię, Warmię, Natangię, Sambię, Nadrowię, Skalowię, Sudowię, Galindię oraz Barcję. Najdalej wysunięta na północ, przecinając dolinę Niemna, leżała Skalowia. Na południowy wschód od Skalowii, od Niemna po Biebrzę, zaś na wschód aż po ziemie litewskie, rozciągała się rozległa Sudowia czyli Jaćwież. Nadrowia leżała w dolinie środkowej Pregoły. Na zachód od Nadrowii morski półwysep zajmowała Sambia, gdzie najdłużej, bo aż do połowy siedemnastego stulecia, zachował się staropruski język. Na południe od Pregoły i Półwyspu Sambijskiego leżała Natangia, granicząc na linii Łyny z Barcją. Wybrzeże Zalewu Wiślanego oraz dolną Pasłękę obejmowała Warmia, przechodząc na południu w Pogezanię. Pomezania mieściła się pomiędzy Wisłą, Nogatem, a Ossą. Porośnięta puszczą Galindia obejmowała całą Dolinę Wielkich Jezior Mazurskich oraz piaszczyste ziemie graniczące na południu z Kurpiami i Mazowszem.
Interesująca jest etymologia nazw pruskich krain. Nazwa Pomezania pochodzi prawdopodobnie od pruskiego słowa pamedian oznaczającego "podlesie", zaś Pogezania od słowa pagudian , co oznacza "kraj porośnięty zaroślami". Warmia zapożyczyła swoją nazwę najprawdopodobniej od przymiotnika wormyan (czerwony), co nadawałoby jej miano "czerwonej ziemi". Istnieje też teza, że Warmia wzięła swą nazwę od dużej ilości trzmieli (po prusku warmai - trzmiel). Nazwa Natangii najbliższa jest określeniu "krainy spływającej wodami". Nazwy Barcji i Nadrowii wiążą się chyba z zajęciami mieszkańców tych ziem i wywodzą od pszczelej barci i wydrążonego pnia (druwis). Badaczom nie udało się dotychczas rozszyfrować nazwy Skalowia, która niejasno wiąże się z jakimś określeniem lasu. Sudowia wraz ze swoim ludem wzięła nazwę od rzeki Suduone, Sudonia (dzisiejsza Szeszupa). Miano Sambii oznaczało "kraj nizinny", zaś Galindii wiąże się zapewne z położeniem tej ziemi na pograniczu prusko-mazowieckim. Galas i gals w językach bałtyjskich oznacza koniec, a więc Galindia byłaby czymś w rodzaju pruskiej Ukrainy.
W opisie Piotra Dusburga opuszczonych zostało kilka ziem pruskich wymienionych we wcześniejszych, dwunasto- i trzynastowiecznych źródłach. "Liber census Daniae" wymienia: Lanzanię, Peragodię i Zlinię. Dokument króla czeskiego Ottokara z roku 1267 zalicza do ziem pruskich: Ziemię Sasinów, Pasłęk i Landesen (prawdopodobnie identyczny z Lanzanią). Pojawiła się w nim również Getwesia, najprawdopodobniej tożsama z Jaćwieżą. Latopisy ruskie na obszarze Jaćwieży wyróżniły niewielki kraik - Polekszę, zaś w dokumentach króla litewskiego Mendoga z połowy XIII w. znalazła się też nazwa terytorium pruskiego Dainowa. Z kronikarskich zapisów wynika, że ziemie pruskie obejmowały dziesięć dużych terytoriów plemiennych i około dwudziestu mniejszych "ziem".
Różne były losy ziem i plemion pruskich. Potężni Galindowie, o których w swoim dziele spisanym w drugim stuleciu wspomina geograf rzymski Ptolemeusz, zniknęli z kart dziejów jeszcze przed inwazją krzyżacką i jest to jedna z historycznych zagadek. Aleksander Brückner podaje za kronikarzem krzyżackim Piotrem Dusburgiem taką oto legendę:
"Kraj Golędów już w połowie XIII wieku tak był wyludniony i pusty, że wytłumaczono to osobliwszą baśnią. Opływał on niegdyś tak bardzo w ludzi, że ich wyżywić nie mógł; aby przeludnieniu zapobiec, uradzili Golędzi, inaczej niż Farao, co to chłopców żydowskich zabijać, a dziewczęta chować kazał, aby chłopców na wojnę chowano, dziewczęta zaś zabijano. Lecz matki chowały córki po kryjomu; otóż poobcinano wszystkim piersi, by więcej nie karmiły. Nad biadającymi ulitowała się wieszczka, kierująca losami całego kraju, zawołała więc starzyznę i oznajmiła: bogowie wasi żądają, abyście bez broni przeciw chrześcijanom ruszyli. Wybrali się Golędzi wesoło na wyprawę i wracali już z ogromnymi łupami, gdy kilku jeńców, umknąwszy, pouczyło chrześcijan, że Golędzi nie mają broni; ci, ośmieleni, rzucili się na nich i wyrżnęli ich, a bezbronny kraj ogołocili potem sąsiedni Sudowie do szczętu. Tradycja ta, zapisana przez kronikarza pruskiego oparła się o rysy prawdziwe, powiązała je tylko niezręcznie."
Najpełniej politycznie rozwinęli się Sudynowie (Jaćwingowie), osiągając w XIII w., tuż przed upadkiem, etap związku plemion. Najznaczniejszą rolę ekonomiczną i kulturową odegrali Sambowie, wchłaniając w swój zasięg Skalowów, Nadrowów i Natangów. Na Sambii mieściły się pruskie centra wymiany towarowej, zaś tamtejsze kontakty handlowe sięgały do Szwecji, Danii i na Ruś. Najsłabiej zarysował się zespół plemion zachodnich: Warmów, Pogezanów i Pomezanów, którzy przechodząc na zachodni brzeg Wisły wciągnięci zostali powoli w słowiański krąg kulturowy. Z przytoczonych tu nazw do dziś w użyciu pozostają tylko nazwy Warmii i Półwyspu Sambijskiego.
ODKRYWCZA POTĘGA MODY
Północne terytoria plemion bałtyjskich były zbyt oddalone od centrum świata starożytnego, dlatego informacje przekazywane o nich przez rzymskie źródła były skąpe i wyrywkowe. Jednakże już za panowania Augusta (około 12 roku p.n.e.) powstała tzw. Mapa Agryppy. Mapa ta, umieszczona na ścianie Porticus Vipsaniae na Polu Marsowym w Rzymie, przedstawiała znany Rzymianom świat. Zaznaczone na niej zostało ujście Wisły do tzw. Oceanu Północnego, którego zatokę według starożytnych stanowił Bałtyk. Jako, że siedziby Prusów leżały poza obszarem Germanii, z której Rzymianie chcieli uczynić prowincję imperium, zainteresowanie tą krainą nie objawiło się planami politycznymi. Spowodowała je moda i zapotrzebowanie na "miodowy kamień" czyli bursztyn. Wyroby i ozdoby z bursztynu na przełomie er stały się niebywale modne i poszukiwane przez bogate warstwy Imperium Romanum. W wielu miastach pracowały bursztyniarskie manufaktury, zużywające wiele ton surowca. Najsłynniejsze mieściły się w Akwilei.
Od pierwszego stulecia przed naszą erą funkcjonował dobrze zorganizowany i bezpieczny szlak handlowy, którym kupcy celtyccy i rzymscy przewozili wielkie ilości bursztynowego surowca. Słynny "bursztynowy szlak" prowadził od Carnutum nad Dunajem przez Bramę Morawską, okolice dzisiejszego Wrocławia i dalej Prosną i Wartą w stronę Kujaw. Tu się rozdzielał. Można było po "bałtyckie złoto" wędrować prosto do ujścia Wisły albo poprzez Ziemię Chełmińską dotrzeć na Mazury i Półwysep Sambijski. Tę trasę potwierdzają liczne archeologiczne odkrycia bursztynowych składów, biegnące od Bałtyku do Dunaju. Inna odnoga bursztynowego szlaku to trasa wschodnia biegnąca hipotetycznie przez dorzecze Dniestru i Wschodnie Podkarpacie, dalej Bugiem, poprzez Wysoczyznę Mławską i terytoria Galindów, rozciągające się w pasie Wielkich Jezior Mazurskich, aż po Półwysep Sambijski. W starorzymskiej literaturze zachował się opis jednej z bursztynowych wypraw, zamówionej przez samego cesarza Nerona. Ekspedycja ta wyruszyła w kierunku Bałtyku około 64 roku naszej ery, a dowodził nią rzymski ekwita z patrycjuszowskiego rodu, który zapewne wcześniej zajmował wysokie stanowisko w administracji jednej z naddunajskich prowincji i stąd znał dobrze obyczaje "północnych barbarzyńców". Wyprawa dotarła do ziem Prusów i być może nawet na Półwysep Sambijski - miejsce najbogatsze w bursztynowe złoża. Piliniusz Starszy w jednym ze swoich dzieł zachwyca się wprost efektami neronowego przedsięwzięcia:
"Przewędrowali punkty handlowe i samo wybrzeże, a bursztynu przywieźli tak dużo, że nawet siatka mająca powstrzymać dzikie bestie i osłaniać loże, miała w każdym węzełku bursztyn, arena zaś, nary i wszelki sprzęt przez jeden dzień igrzysk gladiatorskich, aby różnił się od innych rodzajem wystawy - były bursztynowe".
Dzięki popytowi na bursztyn, od połowy II wieku do IV, kultura materialna Prusów osiągnęła wysoki poziom. Z tego okresu datuje się duża ilość znalezisk rzymskich na Pojezierzu Mazurskim. Szczególnie cenione wśród Prusów były naczynia z cienkiej blachy brązowej, puchary szklane i wazy sprowadzane z galijskich warsztatów. Za bursztyn uzyskiwano też zapinki srebrne i brązowe oraz ogromne ilości szklanych paciorków. W V wieku w pośmiertnym wyposażeniu pruskich grobowców nie ma już tak bogatych przedmiotów.
Mazurska koniunktura bursztynowa zakończyła się kiedy pośrednictwo w handlu bursztynem przejęli Gotowie i Gepidowie osiadli u ujścia Wisły. Klify bursztynodajne Sambii, plaże Mierzei Wiślanej i Kurońskiej, dostarczały światu starożytnemu najwięcej bursztynowego surowca. Na skutek destabilizacji wywołanej wojnami markomańskimi (166 - 178 w.n.e.) większego znaczenia nabrała droga handlowa wiodąca na Sambię z Danii wzdłuż południowego wybrzeża Bałtyku. Centrum handlowe, które powstało w Danii i na duńskich wyspach, rozprowadzało bursztynowe wyroby po całej Germanii i Galii. Południowy szlak bursztynowy przestał się liczyć i kupieckie karawany nie przemierzały już puszczańskich włości nad wielkimi jeziorami. Ale bursztyn był dalej w cenie. Zainteresowanie nim okazali dużo później Krzyżacy, nakładając a pruskie wsie i osady obciążenia regaliami bursztynowymi. Nad Wielkimi Jeziorami Mazurskimi bursztynu nie przynosiło morze. Bursztynodajne warstwy występowały płytko pod powierzchnią ziemi w przesuniętych przez lodowiec iłach oligoceńskich. Wydobycie prowadzono metodą odkrywkową. Dzisiaj mazurskie złoża bursztynowe są już prawie całkowicie wyeksploatowane, niemniej zdarzają się jeszcze znaleziska. Wspomina o nich nawet przewodnik turystyczny po gminie Miłki koło Giżycka, namawiając turystów do "bursztynowych łowów".
PRUSÓW ZE ŚWIĘTYMI OBCOWANIE
W roku 1997 minęło równo tysiąc lat od męczeńskiej śmierci św. Wojciecha - patrona Polski, dzięki któremu nasz kraj zaistniał bardzo wyraziście w chrześcijańskim świecie Europy. Święty Wojciech poniósł męczeńską śmierć z rąk Prusów, zainspirowany do swojej pruskiej misji chrystianizacyjnej przez Bolesława Chrobrego, z którym spokrewniony był poprzez Dobrawę. Święty Wojciech - biskup Pragi, przyjaciel cesarza Ottona III i krewny polskiego władcy - był postacią na ówczesne czasy nietuzinkową. Pochodził z książęcego rodu Sławnikowiców władających czeskimi Libicami. W wyniku działań konkurencyjnego rodu Przemyślidów, którzy rządzili Pragą, był dwukrotnie usuwany z biskupiego stolca. Po pierwszym wygnaniu udał się do Rzymu, gdzie poznał papieża i osiadł w klasztorze benedyktynów na Awentynie. Po drugim - odwiedził Węgry, Francję i Polskę. Z Polski, za namową Bolesława Chrobrego zainteresowanego objęciem północnych terytoriów "Dagome iudex", udał się z misją do Prus.
Misjonarz udał się do Prus drogą morską z Gdańska, gdzie wcześniej chrzcił i nauczał przez cztery tygodnie. Trasa wyprawy misyjnej św. Wojciecha trudna jest do ustalenia, podobnie jak miejsce jego męczeńskiej śmierci. Najprawdopodobniej łódź ze św. Wojciechem, jego bratem Radzimem (późniejszym pierwszym polskim arcybiskupem metropolitą gnieźnieńskim Gaudentym) oraz innym benedyktynem - Boguszą, podążyła najbardziej dostępnym szlakiem wiodącym do Pomezanii wodami Zatoki Wiślanej, powiększonej ówcześnie o głęboko wcinający się ku południowi zbiornik wodny jeziora Druzno. Pomezanie przyjęli misjonarzy chłodno i niezbyt przyjaźnie. Św. Wojciech co prawda deklarował swoje pokojowe zamiary, odsyłając nawet drużynę zbrojną, którą dla ochrony przydzielił mu Chrobry, ale kompletnie nie znał pruskich obyczajów i wybrał się do Prusów bez tłumacza. Pomezanie odrzucili nauki św. Wojciecha i nakazali mu opuścić ich kraj pod groźbą śmierci. Św. Wojciech oddala się na parę dni, ale nie rezygnuje i powraca. 23 kwietnia 997 r. zostaje zabity przez Prusów, najprawdopodobniej w pruskim Świętym Gaju koło Bagardu nad rzeką Dzierzgoń. Źródła niemieckie lokują miejsce śmierci misjonarza w okolicach Tenkit na Półwyspie Sambijskim, gdzie ustawiono nawet pamiątkowy krzyż. Nie ma to jednak żadnego potwierdzenia w źródłach, z których najpoważniejsze stanowi pierwszy żywot świętego spisany w latach 998 - 999 w klasztorze na Awentynie według relacji świadka wydarzeń i brata św. Wojciecha - Radzima. Legenda głosi, że polski władca wykupił od Prusów ciało męczennika za wagę złota, a szalę przeważył legendarny "wdowi grosz". Prusowie broniąc swoich wierzeń i dokonując kaźni na św. Wojciechu, przysłużyli się sprawie polskiej w chrześcijańskim świecie. Wspomogli politykę Bolesława Chrobrego w dążeniu do ustanowienia w Gnieźnie polskiej władzy kościelnej. Prof. Henryk Samsonowicz powiedział o św. Wojciechu, iż "spadł nam jak z nieba w najbardziej odpowiednim momencie". Chrobry po zjeździe gnieźnieńskim kontynuował politykę pokojowej chrystianizacji Prus, która zaowocowała następnym męczennikiem za wiarę. Chyba ze względu na swoje niemieckie pochodzenie pozostaje on głęboko w cieniu św. Wojciecha i jego postać prawie w ogóle nie jest w Polsce znana.
W roku 1009 w ślady św. Wojciecha poszedł jeden z jego pierwszych biografów, kanonik magdeburski i kameduła, św. Bruno z Kwerfurtu. Wyprawił się on z misją chrystianizacyjną do Prus również za namową Bolesława Chrobrego, z którym łączyła go głęboka przyjaźń. Św. Bruno pisał o Chrobrym: "Kocham go jak własną duszę, a bardziej niż życie moje" i potępiał cesarza Henryka II za jego antypolską politykę. Do Prus wybrał inną drogę niż jego poprzednik, kierując się od strony Mazowsza na północny-wschód, najprawdopodobniej w kierunku pogranicza jaćwieskiego. Misja św. Brunona odnosiła na początku sukcesy. Udało mu się ochrzcić jednego z wodzów jaćwieskich - Niecimierza. Inne źródła wspominają o możnowładcy galindzkim Izegupie, który wraz ze swoim ludem mieszkał "nad wielkim odległym jeziorem" (badacze niemieccy identyfikowali je z jeziorem Niegocin). Finał misji był jednak tragiczny. Thietmar w swojej kronice opisuje:
"Kiedy 14 lutego głosił słowo Boże na granicy tego kraju i Rusi sprzeciwili się tubylcy, a gdy on dalej nauczał Ewangelii, schwytali go i za to, że tak kochał Chrystusa, który jest głową Kościoła, odcięli głowy zarówno jemu, jako jagnię łagodnemu, jak jego osiemnastu towarzyszom".
Źródła niemieckie, jako miejsce śmierci św. Brunona przyjęły okolice dzisiejszego Giżycka, co jest niezbyt prawdopodobne. Niemniej, na jednym ze wzgórz nad Niegocinem można do dziś podziwiać żelazny krzyż poświęcony świętemu i jego towarzyszom, taki sam jak wystawiony na Sambii św. Wojciechowi.
MAZOWIECKIE ZAKUSY I KŁOPOTY
Po klęsce misji chrystianizacyjnych św. Wojciecha i św. Brunona północnych pogan zaczęto nawracać mieczem. Jedną z pierwszych wypraw na Prusy, określaną mianem odwetu za śmierć obu misjonarzy, podjął podobno już w roku 1015 Bolesław Chrobry. Wspominają o niej kroniki Galla Anonima i Adama Bremeńskiego. Natomiast w kronice Wincentego Kadłubka czytamy, iż jedenastowieczny władca Mazowsza - Miesław - wszedł w sojusz z plemionami pruskimi, walcząc przeciwko Kazimierzowi Odnowicielowi. Miesław poniósł klęskę w 1047 r. i według legendy zbiegł do Prus z resztkami swojej drużyny. Dalej legenda głosi, że wywyższał się tam bardzo, pragnąc przejąć władzę nad plemionami, co nie skończyło się dla niego dobrze. Wincenty Kadłubek zanotował:
"Po wielu mękach wieszają go na bardzo wysokiej szubienicy i mówią: W górę dążyłeś, góry się trzymaj - aby oczywiście nawet umierającemu nie brakowało szczytu upragnionej wysokości".
W X i XI stuleciu ziemie pruskie były najeżdżane przez zbrojne wyprawy ruskie (latopisy wzmiankują, że zagony sięgały aż po Sambię), przez Wikingów i Duńczyków. Nikt nie potrafił jednak na trwałe zaanektować pruskiego terytorium i narzucić jego mieszkańcom własnego prawa i religii.
Na przełomie 1107 i 1108 r. wyprawę zbrojną do Prus podjął Bolesław Krzywousty. Zaatakowano Prusów zimą i wycofano się, wziąwszy jeńców i łupy, wraz znadchodzącą wiosną. Tak wspomina zimową kampanię Krzywoustego Gall Anonim:
"Wkroczył tedy do Prus, kraju dość dzikiego, skąd, szukając a nie znajdując sposobności do walki, powrócił z obfitym łupem, wznieciwszy pożary i wziąwszy jeńców".
W 1111 r. Krzywousty znów ruszył do Prus, "z lodu na jeziorach i bagnach korzystając jakby z mostu, bo nie ma do owego kraju innego dostępu, jak tylko przez jeziora i bagna". Drużyny Krzywoustego znowy powróciły z wyprawy nie odnosząc żadnego spektakularnego zwycięstwa, paląc jedynie napotkane po drodze siedziby Sasinów i Galindów, biorąc jeńców i łupy. Niepowodzenia pruskie Krzywoustego miały poważne konsekwencje. Nie udało się ujarzmić i przyłączyć Prusów do państwa polskiego, zyskano zaś w plemionach pruskich zaprzysięgłego wroga, który mszcząc się dokonywał łupieżczych najazdów na Mazowsze i Kujawy. Od tej pory pólnocno-wschodnie rubieże ziem polskich były bez przerwy narażone na niespodziewane najazdy zbrojne jeźdźców pruskich, którzy łupili wszystko, co im wpadło w ręce, zabijali mężczyzn, porywali kobiety i dzieci.
W ramach II Krucjaty do Ziemi Świętej cysters Bernard z Clairvaux wyznaczył chrześcijańskim ludom północnogermańskim i słowiańskim jako cel wypraw krzyżowych pogańskie ziemie nadbałtyckie. W 1163 r. taką wyprawę poprowadził do Prus Bolesław Kędzierzawy. Jego akcja odniosła pewne sukcesy na wschód od Wisły, w dolinie Ossy i Dzieżgoni. Następna wyprawa Kędzierzawego poprowadzona została na Jaćwięgów. Rycerstwo polskie dostało się w zasadzkę i poniosło klęskę. Jej przyczynę upatrywano w zdradzie jaćwieskich przewodników będących na polskim żołdzie. Po tej krwawej łaźni pozostawiono Prusów na kilkadziesiąt lat w spokoju, choć Wincenty Kadłubek odnotowuje w 1193 r. wyprawę zbrojną na Poleksian, plemię pruskie zamieszkujące dorzecze rzeki Ełk.
W tym czasie na szerszą skalę rozpoczęto akcje misyjne koordynowane przez cystersów i pierwszego biskupa pruskiego - Chrystiana. Jednak Prusowie nadal opierali się chrystianizacji i obcym wpywom, zaś prusko - mazowieckie pogranicze było widownią ciągłych wzajemnych najazdów łupieżczych i walk. W 1220 r. Prusowie sprzymierzeni z księciem ruskim Danielem spustoszyli Mazowsze i Ziemię Chełmińską, zadając dotkliwą klęskę Konradowi Mazowieckiemu. W odwecie, w latach 1221 - 1223, zorganizowano dwie krzyżowe wyprawy polskie przeciw Prusom, w których zgodnie wzięli udział: Leszek Biały, Henryk Brodaty, Konrad Mazowiecki oraz dwaj książęta pomorscy - Świętopełk i Warcisław. Z drugiej wyprawy Henryk Brodaty przywiózł na Śląsk pruską dziewczynę, która została ulubioną dwórką księżnej, późniejszej św. Jadwigi. Napaść Prusów na Mazowsze w 1224 r. zniwelowała sukcesy "krzyżowców". Koalicja książąt dzielnicowych też szybko się rozpadła i Konrad Mazowiecki znalazł się w bardzo trudnej sytuacji, zagrożony przez Prusów, którzy podchodzili aż pod Płock będący stolicą księstwa. Kronikarz krzyżacki Piotr Dusburg podaje, że książę Konrad zmuszony był płacić Prusom trybut w postaci koni i barwnych szat, a gdy nie dysponował tymi dobrami, wskazywał poganom mienie swoich dworzan, które mogli ukraść. Relacja ta może być tendencyjna, gdyż krzyżaccy kronikarze za wszelką cenę starali się udowodnić konieczność sprowadzenia ich zakonu na Mazowsze. Niemniej sytuacja stała się naprawdę trudna i Konrad Mazowiecki, idąc za radą biskupa Chrystiana, postanowił osadzić na pograniczu mazowiecko-pruskim straż złożoną z rycerzy zakonnych.
Nie zakończyło to walk Polaków z Prusami. Przez następne lata Polacy w sojuszu z Zakonem usiłowali pokonać Prusów, czym narazili się na odwetowe akcje sprzymierzonych sił litewsko-jaćwieskich. Jedno z najmocniejszych uderzeń skierowane zostało na Mazowsze w 1260 roku, kiedy to Mendog spalił Płock. Dwa lata później jego zięć Szwarno doszedł do ziemi czerskiej, ścinając podobno własnoręcznie księcia mazowieckiego Siemowita - wiernego sojusznika Zakonu. Jaćwięgowie zadali oddziałom mazowieckim klęskę pod Długosiodłem. Kiedy w 1263 Treniota zaczął pustoszyć kasztelanię łowicką, Mazowsze i ziemię chełmińską - miarka się przebrała. W czerwcu 1264 r. książę krakowski i sandomierski Bolesław Wstydliwy zebrał siły w Zawichoście i uderzył na Galindię i Jaćwież, pokonując wojska jaćwieskiego wodza Komata, który padł w bitwie. Nie zakończyło to jaćwieskich wypraw łupieżczych na Mazowsze. W 1266 r. Prusowie spustoszyli Płock, zaś w 1267 r. zdobyli i zniszczyli Ciechanów, w 1278 r. najechali Kujawy, zapędzając się aż na ziemię lubelską i sandomierską. Książę Leszek Czarny zadał sprzymierzonym wojskom rusko-litewsko-jaćwieskim druzgocącą klęskę 23 lutego 1280 r. pod Goślicami. Dwa lata później zepchnął i pokonał Jaćwięgów na północnym brzegu Narwi. Były to ostatnie boje Polaków z Jaćwięgami, wspominane przez dziejopisarzy.
KRZYŻACKI BLITZKRIEG
W porównaniu z dotychczasowymi próbami zawojowania i podporządkowania Prus, trwającymi przeszło dwa stulecia, rycerze zakonni przeprowadzili prawdziwy "blitzkrieg", pokonując zbrojnie plemiona pruskie i zajmując ich terytorium w niespełna półwiecze. Nie była to jednak rzecz łatwa.
Pierwsza grupa Krzyżaków przybyła do rozdartej dzielnicowymi waśniami Polski w roku 1228 i zajęła gródek zwany Vogelsang, leżący na terenie dzisiejszego Torunia. Było to trzech rycerzy zakonników pod dowództwem Filipa z Halle. Dwa lata później do Nieszawy przybyły główne siły zakonne pod dowództwem Hermana von Balka. Po wyparciu Prusów z Ziemii Chełmińskiej, pod koniec roku 1234, Krzyżacy urządzili pierwszą wielką wyprawę krzyżową na ziemie rdzennie pruskie. Skorzystali przy tym z pomocy skierowanego tu przez papieża rycerstwa niemieckiego i polskiego (z pomocy europejskich "krzyżowców" zakon będzie korzystał dość często, jak wiemy, również pod Grunwaldem). Do decydującej bitwy doszło nad rzeką Dzierzgonią (Sirgune), gdzie pomezańscy Prusowie zostali dotkliwie pobici i musieli uznać krzyżacką zwierzchność. Szybko powstały grody: w Kwidzynie, Elblągu, Dzierzgoniu, stanowiące doskonałą bazę operacyjną przy opanowywaniu dalszych ziem pruskich. Tę taktykę zaczepno-obronną Krzyżacy stosowali przez cały okres podboju Prus. Nagłym atakiem zajmowali jakiś obszar, wzmacniali istniejące grody pruskie lub budowali nowe strażnice, które chroniły zdobyty obszar i były punktem wypadowym do dalszych podbojów.
Po klęsce Pomezanów plemiona Pogezanów, Warmów, Natangów i Bartów zaczęły się organizować do wspólnej walki przeciw najeźdźcy. Doszło nawet do oblężenia zajętej przez Krzyżaków Bałgi, której z odsieczą przybył książę saski Otto z Brunszwiku. Do połowy trzynastego stulecia Krzyżakom pod wodzą mistrzów: Hermana von Balka, Poppona von Osternah i Henryka von Wide udało się pokonać plemiona Pomezanów, Pogezanów, Warmów, Natangów i Bartów oraz objąć w posiadanie teren wzdłuż prawego brzegu Wisły, a następnie wzdłuż Mierzei Wiślanej po Półwysep Sambijski. Ale opór pruski na tym obszarze nie ustał. W 1242 r., korzystając z konfliktu Krzyżaków z księciem gdańskim Świętopełkiem, Pomezanie wzniecili wielkie powstanie. Krzyżacy utrzymali jedynie Bałgę i Elbląg. Latem 1243 r. pod Rządzem, niedaleko Grudziądza, powstańcy rozbili całkowicie wojska krzyżackie. Przed pruskim atakiem uchroniły się jedynie załogi w Toruniu, Chełmnie i Radzyniu. Pokój ze Świętopełkiem, zawarty na Kowalowym Ostrowie, pozwolił jednak Krzyżakom opanować sytuację i do 1249 r. powtórnie ujarzmić zbuntowane plemiona zachodniopruskie. W latach 1250 - 1251, korzystając z pomocy brandenburskiej, opanowano też ziemie południowej Natangii i w głębi kraju leżącej Barcji. W roku 1253 rycerstwo zakonne pod wodzą wielkiego mistrza Poppona zajęło puszczańskie tereny Galindii, budując tu łańcuch strażnic i grodów obronnych, z których skierowano inwazję na Jaćwież. Głównym celem ekspansji stał się jednak Półwysep Sambijski. W wielkiej wyprawie na Sambię, do której doszło późną jesienią 1254 r., Krzyżacy zgromadzili około 60 tys. ludzi: rycerstwa niemieckiego, polskiego i czeskiego. Dowództwo wyprawy złożyli politycznie na ręce króla czeskiego Przemysława II Ottokara. Krzyżowcy błyskawicznie opanowali nie stawiającą prawie oporu Sambię i na wzgórzu nad Pregołą założyli gród nazwany na cześć króla czeskiego - Królewcem. Z zajęciem przez Krzyżaków Sambii nie pogodzili się Nadrowowie i Skalowowie, tocząc walki na pograniczu, aż po rok 1259. Główne ziemie pruskie zostały już przez Krzyżaków opanowane, jak się jednak wkrótce okazało - nietrwale.
Prusowie postanowili porzucić wewnętrzne waśnie i zjednoczyć się w walce przeciwko Krzyżakom. 20 września 1260 r., na wieść o klęsce jaką zadały Krzyżakom pod Durbą wojska litewsko-żmudzkie, na całym obszarze Prus, od Wisły po Niemen, wybuchło wielkie powstanie. Plemiona porozumiały się i wybrały wodzów. Sambom przewodził Glande, Natangom - Herkus Monte, wychowany i wykształcony wśród Krzyżaków (to on mógłby być pierwowzorem Konrada Wallenroda), Bartom - Dziwan Klekin, Warmom - Glape, Pogezanom - Autume, Jaćwięgom - Skumand. Monte odniósł druzgocące zwycięstwo pod Lubawą. Oddziały Skumanda dotarły aż pod Toruń. W krzyżackich rękach utrzymały się jedynie: Welawa, Królewiec, Bałga i Elbląg. Piotr Dusburg w swojej kronice, a po nim Jan Długosz, opowiadają romantyczną historię o przyjaźni wodza Prusów Henryka Montego z rycerzem zakonnym Hirzhalsem z Magdeburga. Hirzhals dostał się do pruskiej niewoli w 1261 r. i losowo został przeznaczony na ofiarę - spalenie w pełnej zbroi na koniu w tzw. "świętym ogniu". Dwukrotnie Monte uwalniał przyjaciela, ale losowanie uparcie wskazywało znowu na niego. Za trzecim razem Hirzhals sam dobrowolnie wstąpił w ogień.
Po roku 1265 szala zwycięstwa zaczęła się przechylać na stronę Krzyżaków. Znów zakonowi przyszła z pomocą chrześcijańska Europa. Papież Klemens IV ogłosił nową krucjatę do Prus, która wspomogła rozbite siły krzyżackie. Prusowie z reguły odnosili zwycięstwa w otwartym polu, doznając klęsk przy obleganiu grodów. Powstanie zaczęło się chylić ku upadkowi po śmierci podczas bitwy pod Kowalewem w 1271 r. Dziwana Klekina oraz Glape i Montego, którzy zostali zdradziecko porwani i powieszeni publicznie w 1273 r. Rok jeszcze trwały wygasające walki podjazdowe.
Po upadku wielkiego powstania pruskiego cały krzyżacki impet skierował się na ziemię jaćwieską, atakowaną również od południa przez Mazowszan. Jaćwięgowie, dowodzeni przez Skumanda (bądź Skomanda - mającego swoją siedzibę w rejonie jeziora Skomętno na północ od Rajgrodu), Kantegarda, Jeduta (bądź Gedete - władającego okolicami dzisiejszego Okartowa) i Skurdo, dzielnie bronili swojej wolności, kontratakując często i skutecznie. Walki toczyły się aż do roku 1283, kiedy to Krzyżacy, korzystając jak zwykle z obcych posiłków, przypuścili zmasowany atak na Jaćwież ze wszystkich stron. W tej krwawej jaćwieskiej kampanii nie zabrakło również szlachetnych epizodów rycerskich. Piotr z Dusburga wspomina jak Skumand "wielkodusznie obronił przed zniewagami" pojmanego do niewoli rycerza Ludwika von Liebenzelle, a później uwolnił go. Liebenzelle dostał się zresztą powtórnie do niewoli, gdzie odegrał rolę "konia trojańskiego", nawracając na chrześcijaństwo Kantegarda i 1600 jego poddanych. Kantegard, Jedut i Skurdo uznali się za pokonanych i wraz z ocalałą ludnością przyjęli chrzest. Najdłużej trwał w oporze Skumand, który uszedł w końcu ze swoją drużyną na Ruś. Jednak po trzech latach życia na wygnaniu tęsknota za krainą lasów i jezior spowodowała, że powrócił do Prus, podporządkował się Krzyżakom i odtąd służył im wiernie, dowodząc nawet krzyżackimi oddziałami w walkach z Litwinami.
Rok 1283 zakończył w zasadzie podbój ziem pruskich dokonany przez Krzyżaków. Nieliczne lokalne bunty nie zmieniły już w niczym sytuacji. Max Toeppen tak pointuje zajęcie przez Krzyżaków całej krainy pojeziernej:
"Wielu jej mieszkańców poniosło śmierć w walce, inni poddali się Zakonowi i na jego ziemiach znaleźli nowe siedziby, a reszta uciekła do Litwinów, na pustkowia. Przed rycerzami krzyżackimi stanęło zadanie umocnienia swych posiadłości w obydwu krainach, Galindii i Sudowii, oraz stworzenie w nich nowego życia i cywilizacji."
Od ujścia Wisły, aż po rzekę Ełk na wschodzie plemiona pruskie zostały podporządkowane i ujarzmione, a na ich terytorium powstało najpotężniejsze w Europie państwo zakonne, które z biegiem historii przejęło nazwę krainy. Przymusowa chrystianizacja wygubiła tradycyjne pruskie wierzenia, chociaż wcale nie nastąpiło to od razu. Jeszcze w połowie XV wieku biskup sambijski Michał pod srogą karą zakazywał "odprawiania pogrzebów według pogańskich rytuałów, zbierania się w puszczach i lasach nad mogiłami, urządzania tam biesiad, składania ofiar i wzywania demonów". Widocznie miał powód by to czynić. Do kuriozalnego zdarzenia doszło w 1520 r., kiedy to Wielki Mistrz osobiście zezwolił na złożenie pogańskiej ofiary z czarnego byka w celu "odstraszenia" zbliżającej się do brzegów Sambii floty gdańskiej. Jakież było przerażenie sambijskiej kapituły, kiedy polskie statki z niewiadomych przyczyn naprawdę odpłynęły. W odmętach czasu zaginął też język pruski (czy raczej - języki), choć w połowie XVI stulecia przetłumaczono nań modlitewnik i katechizm Lutra. Fragmenty języka przetrwały również w tekstach Szymona Grunaua (1517 - 1526), w "Słowniku Elbląskim" (ok. 1400 r.) oraz w nazwach geograficznych. Podobno na Sambii posługiwano się nim jeszcze w XVII w. Mitem jest natomiast pogląd, przyjmowany dotąd w Polsce powszechnie, że Krzyżacy wytępili doszczętnie ludność pruską. Ochrzczeni Prusowie zachowywali życie i stawali się poddanymi państwa zakonnego, asymilując się z napływającymi z Niemiec i Mazowsza osadnikami. Z czasem żywioł pruski roztopił się w osadniczej masie. Profesor Łucja Okulicz-Kozaryn, w swojej książce "Dzieje Prusów" wystawia prastarym mieszkańcom "Atlantydy Północy" takie epitafium:
"Tak zniknęli Prusowie z kart historii. Nie od razu i nie tylko dlatego, że zniszczyły ich wojny i przesiedlenia. Proces ich zanikania trwał przez pokolenia, które, stopniowo ustępując obcej kulturze i cywilizacji, przejmowały mowę i zwyczaje najeźdźców. W XVII w. zachowała się jeszcze pamięć o dawnych zwyczajach i obrzędach, zapomniano jednak mowy przodków. Ziemie pruskie stawały się ojczyzną ludzi zgermanizowanych, spolonizowanych lub zlituanizowanych. Skomplikowane przemiany przyniosły im nowe poczucie przynależności narodowej".
NEOPRUSKI RENESANS
W ostatniej dekadzie XX stulecia okazało się niespodziewanie, że legenda plemion pruskich jest ciągle żywa i potrafi zrodzić nawet ruch społeczny i doktrynę polityczną. W lutym 1990 r. w Kownie filolog Letas Palmajtis i artysta Henrikas Sambory założyli Bractwo "Prusa". Letas Palmajtis opierając się na swoich badaniach odtworzył język pruski, określając swoje dzieło językiem neopruskim. Powołane przez niego Bractwo "Prusa" posiada filię w Królewcu oraz klub polski w Olsztynie, którego kierownikiem jest Szymon Kazimierski, jeden z twórców ideologii Bractwa. Ideologia Bractwa "Prusa" zakłada, że Prusowie prztrwali wieki niemieckiej, polskiej, litewskiej i rosyjskiej dominacji. Palmajtis i Bractwo "Prusa" w ich imieniu upominają się o dziejową sprawiedliwość. W liście zamieszczonym w pierwszym numerze olsztyńskiej "Borussii" "kanclerz klubu litewskiego" Bractwa "Prusa" wypowiada się następująco:
"Starodawni Prusowie nie zostali zniszczeni fizycznie, ani też nie ulegli asymilacji, gdyż niemieccy koloniści stanowili zawsze mniejszość. Prusowie przejmowali języki - niemiecki, litewski, polski - lecz to oni asymilowali obcych. (…) Jeszcze dzisiaj ostatni Prusowie żyją w Niemczech, Polsce i na Litwie i można ich neobałtycką kulturę odrodzić w języku neopruskim. Najważniejszym celem naszego bractwa jest stworzenie takiej właśnie kolonii neopruskiej, w której szkołach nauczany będzie język neopruski. Uważamy, że możliwe jest odrodzenie narodu pruskiego wychodząc od przywracania autentycznych elementów pruskich po asymilację współczesnych elementów słowiańskich i bałtyckich. W kolonii tej osiedlać się będą mogli również ci wszyscy, którzy zechcą zostać Prusami, a więc Litwini, Łotysze, Polacy, Rosjanie."
Cały pomysł z odtwarzaniem wymarłego narodu wygląda nieco groteskowo, tym bardziej - doktryna polityczna Bractwa "Prusa", która zmierza do utworzenia niepodległego państwa o nazwie Prusja, podzielonego wzorem Szwajcarii na kantony: neopruski, rosyjski, polski, niemiecki i litewski. Idea jest utopijna, ale wzbudza zainteresowanie. Tak jak cała historia plemion pruskich, które przeżywają istny renesans, szczególnie na Małej Litwie. O tym jak poważnie traktuje się tam pruskie dziedzictwo historyczne świadczy fakt, iż na głównym placu Kłajpedy stanął pomnik wodza powstańców pruskich - Herkusa Monte. W Polsce dzieje Prusów są wciąż mało znane, chociaż na krótko wzbudziły pewne zainteresowanie za sprawą obchodów tysiąclecia śmierci św. Wojciecha oraz milenijnego jubileuszu Gdańska. Później znów zapadły w obcoplemienną niepamięć.

Nigdy nie jest się samotnym, mając gumową kaczuszkę.
(Douglas Adams)
 
Kamill
Użytkownik usunięty

2008-06-03 20:55:42

nie wiem czemu ale lubię pana czytać :)
zapraszam na forum Bractwa…
http://prusa.strefa.pl/forum/index.php?sid=82167d697146304d4afae4e8331d0788
a tu ciekawa mapka :)
http://prusa.strefa.pl/tautaskarti.html

 
_SkrzeQ_ Mężczyzna
Przygodnik:)

1,681

2008-06-03 21:10:46

a w skrocie o czym to? :P tak jak w tytule, czy cos ciekawiej?

 
vooda Wyróżniony

10,377

2008-06-03 22:37:11

_SkrzeQ_:

a w skrocie o czym to? :P tak jak w tytule, czy cos ciekawiej?

Planujemy z Pileckim wydanie na ten temat komiksu - jak będzie gotowy masz u mnie z autografem. :-D

Nigdy nie jest się samotnym, mając gumową kaczuszkę.
(Douglas Adams)
 
pedobearfan Mężczyzna
argh!

126

2008-06-04 13:03:36

tak fajnie sie czytało, żal, że tak mało  ;)

 
vooda Wyróżniony

10,377

2008-06-04 14:38:22

pedobearfan:

tak fajnie sie czytało, żal, że tak mało  ;)

Dużo więcej w książce Łucji Okulicz-Kozaryn - "Dzieje Prusów" :-D

Nigdy nie jest się samotnym, mając gumową kaczuszkę.
(Douglas Adams)
 
liberalis Mężczyzna
de Viva

956

2008-06-04 15:05:22

vooda:

pedobearfan:

tak fajnie sie czytało, żal, że tak mało  ;)

Dużo więcej w książce Łucji Okulicz-Kozaryn - "Dzieje Prusów" :-D

…oraz "Życie codzienne Prusów i Jaćwięgów" również tej autorki. "Dzieje Prusów" są pozycją bardziej naukową natomiast dla miłośników historii regionu na początek polecam właśnie "Życie…" :D

 
Bary Moderator Kobieta

4,064

2010-02-19 22:40:10

Trochę odgrzewam kotleta, ale ostatnio czytałam trochę o historii Prus, a dokładniej o powstaniu, którego przywódcą był Herkus Monte. Książka "Regionaliści Warmii i Mazur ujawniają tajemnice" (praca zbiorowa Bitowt R., Necio J., Kazimierski S., Kołłątaj W., Jędrzejczak A., Sowiński T.)- bardzo mnie zaciekawiła. W książce jest też opisane życie zakonu krzyżackiego (jak też ukazanie ich w innym świetle!), pismo pogańskich Prusów, bitwa warmińska oraz historia poligonu Stablack.

 
Tw.Lud. Mężczyzna
malarz domowy

332

2010-02-20 14:20:31

Bardzo ciekawy artykuł, nareszcie jest co poczytać, przez chwilę można zapomnieć o Lewku ,Yesie i innych barwnych postaciach

 
vooda Wyróżniony

10,377

2010-02-20 14:41:21

Bary:

… oraz historia poligonu Stablack.

We wrześniu 1939 r. mój ojciec trafił jako jeniec wojenny do obozu Stalag I A Stablack, który zorganizowano obok kompleksu koszarowego na poligonie. Spotkał tam m.in. majora Sucharskiego z Westerplatte. Opowiadał, że zanim się rozeszło po obozie kto to jest, większość więźniów stroniła od Sucharskiego, bowiem paradował po obozie z szablą, którą mu honorowo pozostawili Niemcy (na poczatku wojny jakoś stać ich było na honorowe gesty), więc uważano go za kolaboranta. Na początku 1940 r. ojca - wbrew postanowieniom Konwencji Genewskiej, która nie zezwalała na przymusowa pracę jeńców wojennych - odesłano ze Stablacku do niewolniczej pracy w majątku pod Gołdapią.

Nigdy nie jest się samotnym, mając gumową kaczuszkę.
(Douglas Adams)
 
Joa
ErnstWiechertFanClub

1,102

2012-07-08 08:31:22

Od trzech dni przebywam w Wilnie. Wczoraj po raz pierwszy uczestniczylem w obrzedzie poganskim ruchu "Romuva". Byly to chrzciny dziecka. Bliscy i rodzina byli zgromadzeni na swietym wzgorzu nad rzeka Neris. Rytual, przy ognisku, odprawil kaplan (Jonas Trinkunas) i kaplanka (Inija Trinkuniene). W obrzadku odprawiane sa rowniez sluby, a takze pogrzeby.
Jak sie dowiedzialem, do ruchu naleza trzy miliony litwinow.

Założyłem różowe okulary na które nasrał ptak i ujrzałem świat zamazany, taki dziwny, gówniany świat...

 
vooda Wyróżniony

10,377

2012-07-08 08:40:06

O cholerka! To więcej, niż ich zostało na Litwie, bo ostatnie szacunki mówią o 2,5 mln obywateli w państwie litewskim (ok. 0,5 mln wyjechało "za chlebem")...

Nigdy nie jest się samotnym, mając gumową kaczuszkę.
(Douglas Adams)
 
Joa
ErnstWiechertFanClub

1,102

2017-02-09 18:16:33

Może kogoś zainteresuje film rosyjskiej produkcji z 2016r. "Viking", w którym również pojawił się wątek jaćwieskich najazdów na Ruś.

Zwiastun filmu:

rel="nofollow">

Założyłem różowe okulary na które nasrał ptak i ujrzałem świat zamazany, taki dziwny, gówniany świat...